Miasto ludzkich oddechów

Popołudniowe spacery wzdłuż krakowskich plant, wypełnionych ludzkimi oddechami, mógłbym uznać za czynność rutynową. Wielce rozkoszną w swym masochistycznym szaleństwie. Coś jak wypuszczenie dymu z płuc po głębokim zaciągnięciu się długo wyczekiwanym papierosem. Jak wolność, gdy opuszczasz kawiarnię-więzienie, gdzie ze swoim nałogiem byłeś intruzem. Owe spacery mogę traktować niczym nieustanne, wręcz obsesyjne powroty do lektury  „Drogi donikąd” Mackiewicza; nadejdzie czas obłędnych przemyśleń i zachodzenia w głowę jak – u innego alter ego- niczego, nieświadomego Iwana Andrejewicza Łajewskiego, obgryzającego do krwi paznokcie u rąk  ( Czechow nie miał dlań litości! ). Może pojawi się blisko Stańczyk, bezgłośnie nucący antynomiczną pieśń o bezcelowości naszych przyszłych losów. O naszej zawodnej pamięci…, o niedokonanych dążeniach. Z szelmowskim uśmiechem na bezkształtnej twarzy, zakreśli swym błazeńskim berłem wizję obawy przed pulsującym wspomnieniem miejsc, gdzie jakiś nieobecny głos – przerywany zgiełkiem tego, co rzeczywiste – woła wciąż nieśmiało. Wzbudzi ów prześmiewca wewnętrzną, lecz obcą prostym, codziennym gestom potrzebę wyjaskrawienia – onirycznego, często omszałego obrazu rzeczywistości. Samotne spacery sprzyjają wpadaniu w pułapkę myślową niczym ćma, zwabiona przez blade światło lampki nocnej. Służącej też czasami oświetlaniu pożółkłych rękopisów – zapisów resztek człowieczeństwa. Samotne spacery, nieświadome wagi swego czynu – jako ostatniego kompana, towarzyszącemu starcowi przechylającemu ostatkiem sił kielich, by nawilżyć spierzchnięte wargi kroplami słodko-gorzkiej doczesności. Być może w nich, tych kropelkach Lete, niektórzy zaznają realnej rozkoszy przed opadnięciem powiek. Wystarczy spojrzeć na tłumy starców, przemierzających samotnie alejki lub szukających rozmowy jedynie z gołębiami.

Tułając się po mieście myśli z pasją badacza owadów i ptactwa, trafiłem pod knajpę. Miałem zamiar wejść bez chwili namysłu, lecz ku mojemu zdziwieniu w drzwiach ukazała się znajoma postać. Jeden ze starych – prawie wyrzuconych przez ułomną pamięć- towarzyszy wędrówek.
– Ty tutaj? Wyrwało mi się z nieudawanym zaskoczeniem. Patrzyłem na tą wychudłą zjawę.
-A gdzie niby miałbym być?
Spojrzał zmęczonymi oczami na towarzyszącą mu dziewczynę, której obecności wcześniej nie dostrzegłem. Nic zresztą dziwnego, estetą nigdy nie był.
-Ile to już minęło, rok, dwa lata…?
-Rok…,może trzy…? Kogo to obchodzi, nieustannie to samo gówno.
-To co walniemy po jednym – zachęcałem. Jego nijaka towarzyszka gwałtownie chwyciła go za rękę.
-Dosyć już wypiłeś. Chodźmy…, chodźmy proszę…
Rozstaliśmy się. Mimowolnie spojrzałem w górę. Nad wejściem widniał ledwie dostrzegalny, bardziej maźnięty niż namalowany, niedbale olejną farbą, jakąś rozchybotaną ręką od nadmiaru lub… braku wina -szyld  „Tu i teraz”.  Wśród wahań, mimowolnych towarzyszy złych wyborów, sięgnąłem po klamkę.

Maciej Makowski

Pierwsza część opowiadania Macieja Makowskiego.To młody i obiecujący prozaik z Głogowa.Obecnie studiuje politologię na UJ w Krakowie i publikuje w piśmie ” Drugi obieg”

www.drugiobieg.org.pl

Advertisements

One thought on “Miasto ludzkich oddechów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s