Miasto ludzkich oddechów (2)

Knajpiana podłoga skrzypiała pod ciężarem ciała. Jakby przerażona faktem, iż jakiś intruz zakłóca jej
zgrzebny spokój, wkracza z buciorami w jej intymność. Pamiętam z czasów dzieciństwa melodię płynącą z uginających się desek; niosła ze sobą od licha i trochę tajemnic z niejednego zakątka babcinego strychu.
Zapach skórzanych walizek, ksiąg z wiedzą – dla dziecka zawsze tajemną – pokrytych kurzem. Nawet jeśli były to dzieła pewnego brodatego jegomościa o imieniu Karol, apostoła proletariuszy, to nie wertowane nawet, przynosiły magię. Dziś zapewne zwlókłbym je z góry i z umiłowaniem podtarłbym sobie nimi…Starzeję się…

Nie pamiętam wszystkiego. Czas deformuje pamięć i zmienia w coś na kształt obrazów Turnera. Pamiętam ciszę, nieznośny zaduch, okna, których jedynym pragnieniem było choć raz ujrzeć w pełni światło. Mdły zapach parafiny przenikający się z wonią strawionego alkoholu i odrobiną kwaśnego potu. Cały obraz zawieszony w kłębach tytoniowego dymu o brudno-błękitnej barwie. Gehenna dla oczu, mszalne kadzidło dla nozdrzy stałych bywalców. To pamiętam…Również to, że przechodziłem w mym odczuciu niezauważony, stąpając z wolna miarowym, lekko chwiejnym krokiem pomiędzy zalepionymi od piwa stolikami, które mimochodem powstrzymywały wsparte o łokcie głowy, położone płasko dłonie, zaciśnięte pięści, a czasem czoła lub policzki. Dziś myślę, czy warto utrwalać takie chwile? Mieć po ręką aparat fotograficzny, zwalniać spust migawki? Czy fotografie wiernie utrwalą zastygłe twarze zebranych tam straceńców, wyobcowanych upiorów, dalekich od blichtru i kiczowatych orgazmów nowego stylu na Szewskiej? Przez chwilę jeszcze byłem w tej knajpianej przystani. Jednak zmącony umysł przesiąkał strachem przed wizją zespolenia z mikroklimatami „Tu i teraz”. Wyszedłem, czy jak kto woli – wróciłem.

I znowu planty. Gasnące w mroku, zachwiane przez zuchwałe chmury burzowe, z których opada rzęsisty deszcz na uciekające nimfy w zwiewnych, kusych sukienkach. Po nawałnicy duchota i krople potu zraszające czoło. Odpaliłem ostatniego papierosa, kreśląc przekornie dymem w powietrzu jakieś apokaliptyczne kształty. Wtedy kojarzyłem je z obrazami Goyi i przekonaniem, że śmieszność jest w nas. Śmieszność panie i panowie! Mimo, że teraz wartość spraw nam bliskich wydaje się naprawdę ważna i wielka.

Ukryłem się przed deszczem i jego powrotami w lokalu z widokiem na zieleń plant. Usiadłem, zamówiłem kawę. Moją uwagę skupiła para młodych ludzi – chłopaka i dziewczyny, może kobiety już i mężczyzny. Ławka stanowiła ich enklawę. Ona siedziała na jego kolanach i zakrywała włosami twarz kochanka, on trzymał nad nią rozłożony parasol; chronił nie tylko przed deszczem, ale też był swoistą twierdzą, niedostępną dla innych. Miłość zamyka nas w twierdzach, w których wrzeszczy „ja”. Kelnerka przyniosła kawę. Na jej wymuszony uśmiech odpowiedziałem lekkim skinieniem głowy. Po chwili przeszył mnie smród brudnego ciała pomieszany z odorem taniego wina. Odwróciłem głowę w stronę kloszarda-pijaczyny. Zaczął niepewnie swą uwodzicielską mowę.
-Panie…- wybełkotał niepewnie, by po kilku sekundach, rzec z pełną odpowiedzialnością – Szefie, kopsnij szluga, nie jarałem fajka od rana.
Nie mam- wskazałem z wymuszoną uprzejmością na zgniecioną paczkę, która wylądowała w popielniczce.
-A nawet gdybym miał…?!-gryzę się w język. Chciałem spojrzeć w te cwaniackie, lecz też wściekłe
od smutku oczy. Właściwie chciałem i nie chciałem. Co będzie, jeśli dostrzegę w nich jakąś prawdę
o minionym? Ujrzę poetę, jasnowidza, byłego pięknoducha buszującego wśród gwiazd,…swoje odbicie…, kolejne zmarnowane istnienie. Zdecydowałem w duchu, że nie podnoszę wzroku.
-To chuj ci w dupę! – zawołał ostentacyjnie i już zupełnie szczerze. Ku mojemu zdziwieniu, wyciągnął zmięty kawałek papieru z kieszeni płaszcza, oblepionego gołębimi odchodami. Rzucił go na kawiarniany stolik, po czym odszedł bez słowa. Wziąłem ten papier. Starannie rozłożyłem; czarno-biała fotografia i informacja, że w  „Bagateli”  grają  „Transatlantyk” Gombrowicza. Jakby chciał powiedzieć, że nasze światy to nie tylko …papieros i jego przekleństwa. Spotykamy się na pograniczu i – nawet nie chcąc tego – przenikamy wzajemnie siebie. Jesteśmy sobie potrzebni. Przecież płyniemy tym samym transatlantykiem.Skąd i dokąd, nikt nie wie.

Maciej Makowski

Copyright by Maciej Makowski

Druga część opowiadania Macieja Makowskiego.To młody i obiecujący prozaik z Głogowa.Obecnie studiuje politologię na UJ w Krakowie i publikuje w piśmie ” Drugi obieg”

www.drugiobieg.org.pl

Advertisements

One thought on “Miasto ludzkich oddechów (2)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s