Zawsze ostatnia miłość…

Poblask księżyca uderzał jak w tajemny kamień
W owal kotwicy, co zanurzała się z w wodzie.
Tańczył już z brzegiem bursztyn bioder kobiet,
Biegnących u stóp zakola w światła załamanie.

A później to odeszło. Pobrzeże śladów w mroku,
W podłużnych pasmach, w których znów u zbiegu
Krzyżowały się na opak plusk z kwileniem mewy-
Spotykając się w przestrzeni cichły w niepokój.

Codzienne kołysanie wód przed smutkami słońca
I smak piasku zmieszany z cieniem idącej kobiety,
Z błyskiem ciała mężczyzny, co kroczy naprzeciw,
Wszystko biegnie w nitce okrągłych fal bez końca…

Copyright by Marek Sienkiewicz, 2012

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s