Volker Schlondorff : swastyka i współczesne Niemcy

Pamiętam, że w połowie lat 80-tych, w warunkach zgoła konspiracyjnych w ” Pałacyku” we Wrocławiu, udało mi się uczestniczyć w projekcji „Blaszanego bębenka” Volkera Schlondorffa. Ten obraz, będący ekranizacja powieści Guntera Grassa, był wówczas w Polsce zakazany przez cenzurę ze względu m.in na brutalne sceny gwałtów i mordów, dokonywanych przez wojska sowieckie, po ich wkroczeniu do Gdańska w kwietniu 1945 roku. W gruncie rzeczy nie miałem wówczas świadomości, że Schlondorff zapoczątkował wielką dyskusję w Niemczech na temat pamięci o korzeniach i odpowiedzialności za przebieg i skutki nazizmu. Kontynuacją sporu, rozpoczętego przez Schlondorffa, były filmy: „Mordercy są wśród nas” Wolfganga Staudego, „Most ” Bernhardta Wicki, a przede wszystkim „Upadek” Berndta Eichingera, który w Polsce spotkał się z niezbyt inteligentnymi zarzutami – mówiąc najdelikatniej – że „uczłowiecza Hitlera”. Trzeba zawsze brać pod uwagę, że zwierzęta nie są w stanie wyselekcjonować jakiejś grupy z określonych przyczyn np.rasowych do zagłady. Do tego jest potrzebny człowiek. Samobójstwo Hitlera 30 kwietnia 1945 roku w bunkrze faktycznie nie jest pozbawione cech godności, ale zakończenie obrazu, kiedy to sekretarka Hitlera i chłopiec z Hitlerjugend umykają przed hordami Armii Czerwonej raczej sugeruje, iż upadek nazizmu nie był równoznaczny z wyzwoleniem. Inaczej mówiąc, według Eichingera, Niemcy z deszczu wpadli pod rynnę. Należy jednak wciąż pamiętać, że na chłopcach z Hitlerjugend w późniejszym okresie opierało się tworzenie, po upadku Bizonii i w okresie rządów Konrada Adenauera, niemieckiej demokracji.

Jedną z pierwszych prób zdiagnozowania triumfu idei nazistowskich wśród Niemców był „Doktor Faustus” Tomasza Manna. Wielki akademik rozwijał w powieści mit o uwiedzeniu, zaczarowaniu złem milionów ludzi między Renem i Odrą, doszukuje się w tym „Pascalowskiego ukąszenia”. Zupełnie inaczej do tego zagadnienia podejdzie Grass i za nim Volkert Schlondorff w „Blaszanym bębenku”. Nawiążą  do tezy Hannah Arendt o „banalności zła”. Bowiem – według Schlondorffa – ono rodzi się w świecie małych sklepikarzy, urzędników, pracowników zdążających na codzienny obiad w swoich schludnych domach, pośród popołudniowych partyjek skata lub szachów, książeczek oszczędnościowych i rozmów, których horyzont nie przekracza granic wyznaczonych przez lokalne gazety. Wielkie idee, nawet te w zbrodniczym wymiarze, wcale nie szukają wielkich ludzi. Przeciwnie, zwracają się do ludzi zwykłych, pospolitych, oplatają i drążą umysły. Teatralność masówek partyjnych, zakłócona przez Oscara w „Blaszanym bębenku”, podobnie jak terror, mają dawać tym ludziom poczucie ważności i siły. Cała trylogia gdańska Grassa to próba zrozumienia owego maszerowania Niemców, bez sprzeciwu, w zwartych szeregach i udawania, iż nie czują swądu dobiegającego z pobliskiego Sttuthof. Film Schlondorffa był alegorią  i przynajmniej prezentował poprzez postać trzyletniego Oscara, percepcję fenomenu nazizmu przez – zdaje się – większość Niemców; byliśmy mali, niedojrzali, zwykli i patrzyliśmy na to, co się dzieje z …odległości pół metra nad ziemią. Nie wiedzieliśmy i nie widzieliśmy, a w naszych porządnych i czystych domach nie mogła istnieć aż taka niegodziwość. Wojna Hitlera to był tylko zły sen. Przed takim myśleniem jednak niemiecki reżyser przestrzega Niemców. Zwraca także uwagę na to, że ten naród to, czego nie osiągnął przy pomocy czołgów, realizuje teraz dzięki ekonomii. I Niemcy jak już zaspokoją mocarstwowy głód, to chcą, muszą konsumować dalej. Symptomatyczne  jest to, że znakomity poeta Hans Magnus Enzensberger wciąż przestrzega niemieckie drobnomieszczaństwo z królestwa Kauflandów przed wiarą w „wykrzykniki marszów, transparentów i manifestów”. Stara się, jak Oscar w obrazie Schlondorffa, zakłócać miarowy krok tłumów  wychowywanych przed „Bilda” i inne bulwarówki Springera.

„Król Olch”, nakręcony na podstawie powieści francuskiego pisarza Michaela Tourniera, to znowu próba rozrachunku z niemieckim syndromem tłumaczeń i usprawiedliwień wobec zaangażowania całego narodu w zbrodniczą machinę nazizmu. W filmie główną postacią jest opóźniony umysłowo jeniec francuski, co stanowi metaforę, bo oznacza on szaraka, bezradnego w zetknięciu z rzeczywistością imperium Hitlera. Francuz ma instynktowną skłonność opiekuńczą wobec dzieci. Dostaje się on jako obsługa do zakładu, gdzie kształci się chłopców na janczarów nazizmu. W przeciwieństwie do wiecznie niedojrzałego Oscara z „Blaszanego bębenka” – jedynie świadka wydarzeń, ten jeniec staje się współuczestnikiem, ale z powodu swojej głupoty; pomaga w werbowaniu dzieci do partyjnej wylęgarni małych nazistów, w czasie natarcia Rosjan stara się ratować kogo może i udaje mu się ocalić…żydowskiego chłopczyka, ocalałego z pogromu i tu zaplątanego. „Król Olch”, podobnie jak „Bębenek…” w formule alegorycznej sugeruje, że o uwiedzeniu przez zło może decydować marność duchowa i intelektualna narodu; głupota, którą stać później na symboliczne formy protestu. Jednakże wydaje mi się, że Schlondorff chciał powiedzieć współczesnym Niemcom, że brak dogłębnego rozrachunku z własną historią, zapaść intelektualna wielu milionów obywateli, przy jednoczesnej megalomanii narodowej, może grozić powtórką z mrocznych rozdziałów ich dziejów.

Filmową trylogię o rozrachunku Niemców z ponurą przeszłością dopełnia „Dziewiąty dzień”, obraz w dużej mierze oparty na prawdziwej historii księdza Jeana Bernarda, który za krytykowanie polityki reżimu Hitlera został umieszczony w obozie Dachau koło Monachium. Bohater tego obrazu, ksiądz Kramer, niespodziewanie zostaje uwolniony na dziewięć dni z obozowego piekła i w towarzystwie esesmana Gebhardta, udaje się z misją do Luksemburga, żeby namówić miejscowego biskupa do rozłamowych poczynań wobec papiestwa. Schlondorff  zrobił film o Holocauście, katolicyzmie w okowach nazizmu, o niezmiennej w człowieku walce pokusy z wiarą i w wymiarze moralnym, w manichejskim zmaganiu się dobra i zła. Finałowa scena obmywania nóg, zawiera w sobie metaforyczność Eucharystii i jest poniekąd glosą do wstrząsającego obrazu ukrzyżowania polskiego księdza w Dachau. Kościół Katolicki poparł nazizm, nastąpiło to już w marcu 1933 roku w Fuldzie, a potem jak większość Niemców, duchowni zamknęli się w swojej obojętności, pragnęli świętego (sic!) spokoju. Jedna z ofiar nazizmu, myśliciel i teolog  Dietrich Bonhoeffer nazwie to „kosztowną łaską”; za zachowanie status quo trzeba będzie duszę oddać diabłu. Tylko jednostki potrafiły przeciwstawić się i pokonując strach, nawet za cenę życia, zachowały integralność duchową. Ojciec Bernard, Bonhoeffer, Hans i Shopie Scholl z Białej Róży, może kilku spiskowców z Krzyżowej…Nie było wielu Niemców, którzy aktywnie walczyli ze stworzonym przez Hitlera brunatnym golemem, raczej dobrze czuli się, delektowali „codziennym nazizmem”. Schlondorff w ostatnim filmie na ten temat przypomina rodakom, że samooszukiwanie się odnośnie przeszłości, szukanie w sobie jedynie niedojrzałości, niewiedzy i coraz częściej statusu ofiary, to nie tylko fałszowanie historii. To również  tworzenie, kształtowanie społeczeństwa, w którym tylko garstka, niewielu będzie potrafiło zachować moralną odwagę, kiedy ponownie zostaną obudzone niemieckie upiory.

Copyright by Marek Sienkiewicz, 2012

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s