Wizyta

To był jeden z tych dni, gdy wydaje się, że szarość z zewnątrz znanym sobie tylko sposobem przeniknęła przez mury i rozgościła się w mieszkaniu. Jeszcze jeden zimowy dzień, który zamiast przycupnąć i nabrać wigoru pod białą grzywą śniegu, ukrył się za monotonną zasłoną deszczu. Czas sprawia wrażenie, że może w każdej chwili zatrzymać się, zegar milknie i jedynie głośny dzwonek staje się w końcu przerywnikiem dla znudzonej sobą ciszy. Ruszyłam do drzwi otwierając je bez entuzjazmu. Na schodach stała kobieta, dopiero po chwili skojarzyłam, że ją znam. Spotkałyśmy się na naszej uliczce kilka razy, wymieniałyśmy zdawkowe uwagi na temat pogody i oblodzonych chodników. Kobieta uśmiechnęła się i wyrzuciła z siebie jednym tchem:
-Jestem pani nową sąsiadką, powinnam przyjść i przywitać się wcześniej, ale bałagan z przeprowadzką, a potem porządki po remoncie zajmowały mi całe dni.
Tak, rzeczywiście kilka domów dalej wprowadził się ktoś nowy. Zaprosiłam kobietę do środka. Weszła do holu i zaczęła ściągać płaszcz. Teraz mogłam się jej uważniej przyjrzeć. Trudno określić jej wiek, mogła mieć trzydzieści parę, a równie dobrze pięćdziesiąt lat. Twarz jeszcze młoda, ale bez wyrazu. Włosy ścięte krótko i widać było, że właścicielce niezbyt zależy na fryzurze. Męskim i zarazem niedbałym ruchem przygładziła je, jakby to coś miało zmienić na lepsze w ich ułożeniu. Gruba spódnica i nijaki w kolorze blezer. Zastanawiały jedynie jej przenikliwe oczy, które szybko dokonały lustracji całego pokoju.
-Ładnie tutaj, te szklane witryny są bardzo efektowne. Jakie piękne obrazy macie państwo i te lampy…
Kobieta obracała już nie tylko głową, robiła piruety ciągle komplementując nasze umeblowanie.
-O, a ta sofa pasuje idealnie do dywanu i jaka piękna komoda, te szklane stoliki…Musicie państwo być szczęśliwi w takim ślicznym mieszkaniu.
Szczęśliwi…Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Ten dom to było wspólne marzenia i zapowiedz dalszego słodkiego życia. Wypieściliśmy to wnętrze, wymuskaliśmy codziennym entuzjazmem. Tak, to było kiedyś…Wszystko to stanowi miraż przeszłości, a przecież my tu żyjemy nadal, mieszkamy tutaj, razem zajmujemy tą przestrzeń, chodzimy po dywanach i otwieramy te same drzwi i okna. Niby razem, a jednak od lat osobno. Czując się w obowiązku podtrzymania rozmowy dodałam:
-Tak, jest całkiem przytulnie.
Kobieta niezrażona moją małomównością dalej zachwycała się pokojem i meblami:
-Ta komoda, to pewnie jakiś antyk?
– Nie całkiem, to pamiątka rodzinna, jedna z niewielu.
-Tamten obraz, to też jakaś pamiątka?-wyrwało mnie z chwili zamyślenia pytanie.
-Tak, namalował go nasz przyjaciel. To „Dwoje na moście”…Dostaliśmy go w prezencie ślubnym.
-Zrobię coś do picia. Kawa, herbata?-zaproponowałam chcąc przerwać dalsze oględziny domu, które zaczynały już być nużące. Nowo poznana sąsiadka zerwała się ochoczo:
-Niech pani usiądzie, ja zrobię. Przyniosłam w prezencie moją mieszankę herbat i przez siebie upieczone ciasto…Czekoladowe-dopowiedziała z uśmiechem i sięgnęła do torby.
-Kuchnia tam, prawda? Poradzę sobie…Ostatnie słowa współbrzmiały już z odgłosem kroków. W moim własnym domu zostałam gościem. Dziwnie się poczułam, ale ta sytuacja zaczęła mnie także bawić. Ja siedzę wygodnie w fotelu, a ona robi w kuchni herbatę. Słuchać jak otwiera szafki, szuka filiżanek. Łopatki do ciasta na pewno nie znajdzie.
Pomyślałam przez moment, że się szarogęsi. I nieoczekiwanie zaczęła mi przypominać inną postać, która przed laty zapukała do drzwi i śmiało weszła w progi domu. Tylko tamta nie była taką szarą myszką jak sąsiadka. Można rzec, że była zjawiskowa niczym dzieło doskonałego artysty. Piękna i władcza. Na swój własny użytek i w zależności od sytuacji nazywałam ją Cieniem, z lekką emfazą Galateą, Panią Obojętnością…Równie szybko dokonała oceny sytuacji, a widząc że okoliczności jej sprzyjają, rozgościła się na dobre. Wybrała odpowiedni czas na tą wizytę, gdyż my już się poddaliśmy, nie było walki o nas, czego do tej pory nie potrafię do końca ogarnąć. Mieliśmy wprawdzie kilka kryzysów, ale przezwyciężaliśmy dni, tygodnie, miesiące niechęci i milczenia. Wydawało się, że może być tylko lepiej i lepiej…Z kuchni dobiegł głos:
-Dobrze się musi pani czuć w kuchni. Wszystko w takim porządku, poukładane.
Tak, ona też poczuła się dobrze w domowych pieleszach. Zawsze przy nas, stwarzana jak natrętny sen Pigmaliona, perfekcyjna w każdym słowie i geście Pani Obojętność. Można poddać się gwałtownym porywom albo wirom miłości i nienawiści, można urządzać sceny zazdrości, ale gdy słychać zazwyczaj beznamiętny głos, czujemy chłód w skinieniu ręki lub widzimy obcość w wyrazie twarzy, pozostaje jedynie bezradność. Oddaliliśmy się od siebie. Nie byliśmy już razem na środku mostu, ale każde po jego przeciwnej stronie. Staliśmy się niezależni, ja jemu nie byłam potrzebna, on nie potrzebował mnie. Dwie połówki nijak nie potrafiące się dopasować. Ona tymczasem przenikała, obezwładniała, stawała się upływającym czasem. Z zadowoleniem manipulowała nami i z ironicznym uśmieszkiem patrzyła jak zamykamy się w sobie Dlaczego wtedy nic nie zrobiłam?
Usłyszałam zbliżające się kroki i sąsiadka pojawiła się z tacą w ręku. Herbata i smakowity zapach odsunęły na bok wcześniejsze myśli. Kobieta czyniąc nadal obowiązki pani domu podała mi filiżankę i nałożyła spory kawałek. Jak ona znalazła łopatkę? Napój był naprawdę wyśmienity, ciasto pełne aromatu…najprawdziwszej czekolady. Kobieta jednak nadal uporczywie rozglądała się po pokoju, jakby przez te kilka minut coś się mogło zmienić. Dopiero przyjście mojej kotki ożywiło atmosferę. Majestatycznie przeszła obok nas i usadowiła się w kącie na fotelu. Wywołała tym niekłamane oburzenie sąsiadki:
-Pozwala pani kotu leżeć na tym pięknym fotelu?
-To jej miejsce, a fotel to tylko rzecz- odparłam z ledwo skrywaną irytacją w głosie. Po tej niezbyt życzliwej wymianie słów, dalszy herbaciany rytuał odbywał się w milczeniu.
Powróciłam w myślach do wcześniejszego pytania. Dlaczego właściwie nic nie zrobiłam? Wycofałam się, zrejterowałam, wywiesiłam jakąś śmieszną białą flagę przed życiem. Czując się zraniona i odrzucona, odpowiedziałam tym samym. Po pewnym czasie takie zapamiętałe udręczanie bólem może zniszczyć lub uodpornić na wzajemne razy. Przywdziewamy maski ochronne, które wrastają w twarz, po pewnym czasie stają się nimi wraz z rosnącym zobojętnieniem. Doszliśmy do tego, że staliśmy się parą ludzi traktujących siebie z uprzejmością, podług wszelkich reguł dobrego wychowania, żeby bardziej nie utrudniać i komplikować sobie codzienności. My staliśmy się odbiciem Cienia, ja jego zimną Galateą, on pożałowania godnym Pigmalionem, a w końcu to Pani Obojętność patrząc na nas, składała piękne usta w grymas ironicznego uśmiechu. Ona dotrzymywała mu towarzystwa we wszelkich próbach ucieczki od dręczącej rzeczywistości, a u mnie zyskiwała pełną rezygnacji aprobatę dla korowodu dni, o których nie pamięta się nazajutrz. Kochałam go kiedyś, wprost wielbiłam, a teraz po wielkim uczuciu pozostał chyba taki sam niesmak. W dodatku rozczarowany sobą.
Kiedyż ta baba sobie pójdzie? Tymczasem ona jakby odczytując w myślach moje intencje zerwała się z fotela pytając:
-Chciałabym skorzystać z toalety?
-Proszę, drugie drzwi na lewo. Zresztą ta informacja nie była bynajmniej konieczna. Skoro znalazła tą nieszczęsną łopatkę…była w zmywarce. Nawet umytych naczyń nie chciało mi się z niej wyjąć. kobieta szurając nogami poszła w kierunku łazienki. Dlaczego takie chuchro ma taki ciężki chód? Coraz bardziej denerwowała mnie jej wizyta. Znowu szuranie i kobieta pojawiła się w pokoju trzymając flakonik.
-Tu chyba byłby lepiej widoczny niż tam w korytarzu- powiedziała stawiając go na jednym ze stolików.
-Przepraszam, ale zaglądnęłam do sypialni, drzwi były uchylone. Mają państwo taki piękny widok na ogród.
Drzwi były zamknięte, tego byłam pewna. Pewnie także zobaczyła, że kiedyś nasze małżeńskie łoże jest teraz miejscem do spania dla jednej osoby. Jedna poduszka i jedna kołdra. Mogłabym z sarkazmem stwierdzić, gdyby to nie było takie gorzkie, że wkroczyła tam Pani O…Majestatycznie i z rozmachem, a jej lodowate spojrzenie zamroziło nawet najmniejszą iskierkę namiętności. Nie wspomnę o ogniu…
Miałam już po dziurki w nosie tego babska. Krząta się po mojej kuchni, przegania kota, przestawia meble. Jakbym sama tu była zbędna, nie na swoim miejscu. Wstałam od stołu i kobieta od razu zaproponowała pomoc przy sprzątnięciu naczyń. Odpowiedziałam, że sobie poradzę, zrobiłam to na tyle kategorycznie, że zrezygnowała z dalszych sugestii.
-Przepraszam, mam jeszcze parę spraw do załatwienia- powiedziałam- Dziękuję za wizytę i ciasto.
Ruszyłam w stronę korytarza, ona nie mając innego wyboru podążyła za mną. Ubierając płaszcz jeszcze wyrzuciła z siebie:
-Było mi miło panią poznać.Mam nadzieję, że niedługo zobaczymy się znowu i przyniosę popisowe ciasto z wiśniami.
-Może za jakiś czas, przez następne dni będę bardzo zajęta. Niestety…Do widzenia pani i jeszcze raz dziękuję za odwiedziny.
Dopiero jak zniknęła za drzwiami zdałam sobie sprawę, że nie znam jej imienia. Nie przedstawiła się wcześniej. Wróciłam do pokoju kierując się w stronę stolika, gdzie ona postawiła flakonik. Wyciągnęłam rękę…może rzeczywiście tu lepiej pasuje

Kathi
Opowiadanie obiecującej, świetnie zapowiadającej się pisarki, która również publikuje teksty na blogu kathi222 blog.onet.pl.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s