Andrzej Bursa i Nowa Epoka

Słuchając starszych nagrań Elżbiety Wojnowskiej nie sposób nie zwrócić uwagi na brawurowo śpiewany utwór „Życie moje” i słowa wiersza Andrzeja Bursy pod tym samym tytułem. Ten poeta z Krakowa także został po przedwczesnej śmierci, zaledwie w wieku 25 lat, zaliczony do kategorii „poetów przeklętych”, otoczony ciemną aureolą męczennika wraz z romantycznym gestem samounicestwienia. Mimo wszystko stał się ofiarą legendy i mitów, które do niego na trwałe przylgnęły, ale mało sensownie, zakłamując jego życie i dzieło. Bowiem Andrzej Bursa, po przyśpieszonym okresie dojrzewania w czasie wojny, podjął studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem z dużymi przerwami zmagał się z bułgarystyką na Wydziale Filologicznym. W międzyczasie ożenił się i urodził mu się syn Michał. Trudności finansowe i chęć utrzymania rodziny spowodowały, że na poważnie zajął się pisaniem, współpracując z wychodzącym w Krakowie „Dziennikiem Polskim” i przygotowywał swój pierwszy tomik dla Wydawnictwa Literackiego. Jednak debiutancka książka ukazała się w 1958 roku, już po śmierci autora. Zmarł nagle w listopadzie 1957 roku wskutek wrodzonego niedorozwoju aorty serca. Powyższe fakty niewiele mają wspólnego z żyjącymi na marginesie, w zatęchłej aurze knajp i spelun „poetami przeklętymi”.

Poezja Bursy nie zestarzała się; jest wciąż młoda, ma w sobie walor świeżości i wydaje mi się, że wciąż powinna znajdować nowych czytelników. Mimo, że nie jest oparta o etos „poetów przeklętych”, zawiera w sobie gwałtowny, czasem zajadły bunt, niezgodę na otaczający nas świat, szyderstwo ze sprzeczności i fałszerstw, które odnajdujemy w sobie i w otoczeniu. Przyciąga osobistym, jakże szczerym, tonem i niezwykłą sugestywnością. W jego wierszach wciąż pojawiają się obrazy ludzi zamienianych w guzik do automatu, obłudni życzliwi, fałszywi święci. To świat, w którym nawet:
” (…) Bóg objawia się masowo/ lecz/ nie uzurpuje sobie prawa wpływania na bieg wypadków/ jest na to za rozsądny’
(” Noc długich noży”). Bursa ciągle jest zaskakiwany miałkością i arogancją praw rządzących ludzką rzeczywistością. Dlatego w stan oskarżenia postawi nie tyle ideały i znaczące imponderabilia, co ich nosicieli i obłudnych wyznawców., bowiem pod świadectwem i manifestacją wiar kryje się konformizm, kłamstwo i dręcząca niemożność dorośnięcia, sprostania owym wiarom. Jednakże, kiedy okazuje się, że niemożliwe jest zrealizowanie wartości związanych z prawdą, poczuciem własnej tożsamości, wówczas życie przestaje mieć sens:” Przecież znasz wszystkie moje chwyty. życie moje/ wiesz kiedy będę drapał krzyczał i rzucał się/ znasz upór moich zmagań/(…) znudziliśmy się sobie życie moje/ mój wrogu” (Życie moje”). W tym samym wierszu napisze, że „nauczył się śmiać z własnego trupa”, co jest autoironiczną zasłoną dla wrażliwości moralnej ustawicznie przegrywającej z nędzną realnością życia, ale równocześnie nie chce wyrzec się marzenia o pięknie i niewinności.

Poeta nie oszczędza środowiska w które chciał wejść, mianowicie literackiego. Zarzuca mu hołdowanie napuszonej tradycji romantycznej, pozerstwo i szerzenie pustosłowia, gdy wokół mieszkania-katownie, a „na dnie piekła ludzie kiszą kapustę i płodzą dzieci”. Ta skrzecząca, zgrzebna, pełna przemocy i codziennego okrucieństwa rzeczywistość winna stanowić o materii utworów. Ona jest prawdziwym światem, w którym trzeba się-jak to sarkastycznie zauważy-„czołgać czołgać”. Daje temu wyraz w ironicznym „Poecie” i nie mniej prześmiewczym „Dyskursie z poetą”. Zauważając fałsz nie tylko w życiu, ale w literaturze, zaczyna szukać azylu w nadrealistycznych wizjach, tęsknotach ze sfer wymykających się racjonalnemu i namacalnemu poznaniu. Tam poczucie satysfakcji z życia mogą odczuwać jedynie dzieci i wariaci: „Na spotkanie z Nową Epoką/ Wyjdzie dziecko pod rękę z idiotą” („Malarstwo obłąkanego”). Przede wszystkim im jest dana możliwość zasmakowania szczęścia w marzeniach sennych z „Ogrodu Luizy”:”(…)Którego nieistnienie zabija jak topór/ Realnością śmiertelnych poczekalni ziemi/ Przeklętymi rojeniami dzieci i idiotów(…)” Tak, „przeklętymi” przez tych którzy, drobnomieszczańscy, chciwi, załgani, nigdy nie będą w stanie zaznać szczęścia lub ulegną jego złudnym substytutom w postaci władzy, sławy czy pieniędzy. Ta poetycka konstatacja Bursy zawiera w sobie maksymalizm etyczny Alberta Schweitzera, a on sam staje się dziedzicem Artura Rimbauda i prekursorem Nowej Epoki, której początek nadejdzie kilka lat po jego śmierci wraz z rewoltą „dzieci kwiatów”.

15 listopada 1957 roku Andrzej Bursa nie był w najlepszym nastroju. Wrócił z I Festiwalu Młodej Poezji w Poznaniu, na którym nie zdobył żadnej nagrody ani nawet wyróżnienia, dowiedział się także że Wydawnictwo Literackie odrzuciło jego tomik „Kat bez maski” i nie dojdzie do debiutu książkowego. Żona Anna akurat pisała na maszynie dyktowane przez niego podanie, kiedy doszło do nagłego omdlenia, a dyżurujący w tej samej kamienicy lekarz odmówił pomocy. Doszło do śmierci poety, który za życia wydrukował ok.40 wierszy i nie mógł zakosztować smaku uznania i sławy. Nie był straceńcem ani przeklętym, ale też był niezwykle konsekwentny w swoim demaskatorskim buncie. Powracał do klasycyzmu i onirycznego wizjonerstwa, bo to było jedyne antidotum na bolączki egzystencji. Jak pisał:” (…) Cały glob przeczarowują w błękit/ Moje białe idiotyczne nuty/ W drzewostanie mlecznym ciała dobrze/ Pasterz śpiewa na błękitnej kobzie” („Malarstwo obłąkanego”) Wszak Kraków bywa błękitny, o czym sam pisałem niedawno. Kraków i świat mogą być zawsze błękitem..

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s