Zygmunt Freud i kompleks Junga

Już w kwietniu 1907 roku Freud wybrał młodego psychiatrę, Carla Gustawa Junga, swoim następcą w przyszłości, stosując wobec niego zasadę vivente rege. Doszedł do wniosku, że każdy człowiek jest do zastąpienia i jedynie Jung jest zdolny kontynuować jego dzieło i dopełniać je nowymi treściami. Jednakże wiadomo, że tak się nie stało. Jung nie przejmie spuścizny po swoim „duchowym ojcu”, nie będzie kontynuatorem i nie zasiądzie na tronie psychoanalizy. Panować będzie na innych włościach i założy inne dynastie.

Historiografia psychoanalizy wymienia na ogół Junga po Freudzie. Tymczasem tworzył on swoją teorię niejako równolegle, a urzeczenie jungizmem było niekiedy silniejsze niż Freudem i do tej pory w wielu krajach psychoanaliza jest bardziej jungowska niż freudowska. Prostacki góral ze Szwajcarii nie tylko odrzucił akt namaszczenia ze strony wykwintnego bywalca salonów Wiednia, ale dodatkowo stworzył – według Freuda- dzieło mętne, wieloznaczne i „wszystkoistyczne”. Wrzucił do jednego worka rozważania nad jogą centryczną, kosmogonię plemienia Pueblos, rytuały Bantu, Nietzschego, Tresmegistosa, Freuda, Buddę- zawzięcie zdążając ku mrocznym sferom mistyki i magii. Takich naukowych fanaberii Freud nie zwykł wybaczać. Jakby tego było mało, to jeszcze można dodać,że Szwajcar był antysemitą, nie dość stanowczo zdystansował się od nazizmu; to najczęściej wyciągają epigoni Freuda, szukając amunicji na pomnikowego, wręcz mitycznego po wojnie w kręgu kultury europejskiej Junga.

Zerwanie między Freudem i niedoszłym następcą nastąpiło po opublikowaniu przez Junga w 1913 roku „Symboli przemian. Analizy preludium do schizofrenii”. W pracy tej inaczej formułował libido i de facto negował freudowski panseksualizm, przekonanie, że każda aktywność życiowa człowieka zdominowana jest przez jego seksualizm. Wściekłość wiedeńskiego protektora wpędziła Junga w psychozę, ale zdołał się z niej sam podźwignąć. Przy okazji zrozumiał, że w obrazach, które go nawiedzały, tkwiły treści dotyczące nie tylko jego, ale też innych ludzi. A jego życie psychiczne wywodzi się z ogółu i należy do ogółu. Jungowska przemiana, archetypy wraz z animą, animusem i cieniem, uświadomienie procesów osobowościowych, czyli indywiduacja, poniekąd są wynikiem kryzysu, który wywołał sam Freud. Na ów całkowity krach przyjaźni, w pewnym momencie podszytej-jak obaj to przyznają – pociągiem homoseksualnym, rzucił po latach więcej światła w „Moim życiu” Jung. Napisał, że Freud domagał się od niego wręcz przysięgi, iż nigdy nie porzuci teorii seksualnej i uczyni z niej dogmat, bastion nie do zdobycia, prawdę objawioną skutecznie walczącą m.in z okultyzmem, którym od dawna fascynował się Szwajcar. Dla Junga same słowa „dogmat”, „bastion”  musiały wywoływać zaniepokojenie, oznaczały bezdyskusyjne wyznanie wiary, co w zasadniczy sposób kłóci się z wywodzącym się z poszukiwań, wahań i negującym schematyzm poglądem naukowym. Dla autora „Mojego życia” dążenie Freuda było równoznaczne z żądzą władzy i tworzeniem zastępów służalczych, „dworskich” naśladowców. Z kolei Freud, dla którego postawa Junga była przekreśleniem planów, uderzała w jego pozycję proroka, stanowiła też źródło urazów i rosnącego kompleksu mistrza tracącego charyzmę i wpływ na najzdolniejszego ucznia, nie pozostał dłużny. W liście do Karla Abrahama z 1917roku pisał; „Otóż wreszcie uwolniliśmy się od tego prostackiego bigota Junga i jego uczniów”.

Jak już wspomniałem po rozstaniu Jung popadł w psychozę, ale jednocześnie coraz silniej zaczął iść własną drogą i przy okazji uczestniczył w wielu wyprawach etnograficznych m.in do Kenii, Arizony i Nowego Meksyku, studiował różne systemy filozoficzne, religijne, a nawet alchemię. Zaczął też w pełni kształtować koncepcję „indywiduacji”, przemiany psychicznej. Ta koncepcja  mówi, że uświadamiając sobie treści nieświadome, spychane w głąb siebie, człowiek kieruje swoim rozwojem, staje się. W pierwszej połowie życia każda jednostka „inicjuje w dojrzałość”, utożsamia się z realiami społecznymi. Jej wizerunek jest pochodną roli społecznej. W tej fazie człowiek rozwija świadomość, ale zaniedbuje i tłumi nieświadomy aspekt swojej psychiki. Po 35 roku życia doświadcza „kryzysu połowy drogi” -mówi Jung. Zaczyna dostrzegać nieświadomość i przy okazji popaść w nerwicę, która dla Szwajcara nie była chorobą; raczej symptomem zmierzania ku dojrzałości duchowej. Jung spopularyzował ponadto pojęcie archetypu, czyli wielkiej, nieświadomej siły psychicznej, wspólnej wszystkim ludziom bez względu na kulturę, z której się wywodzą. Teoria archetypów w znacznym stopniu wpłynie na mitologizację literatury i będą z niej korzystali James Joyce, Tomasz Mann, T.S. Eliot czy nasz Bruno Schulz, a podstawowy archetyp-cień wiąże się z potrzebą autokrytycyzmu, bowiem przybiera kształt zła, indywidualnego i zbiorowego i nazywamy go czasami demonem, szatanem. Rozświetlić cień, to uświadomić sobie, że to nie inni są winni naszych porażek, klęsk życiowych, a zło istniejące w świecie jest również w nas samych. Według szwajcarskiego mędrca właśnie Freud nie opanował sztuki rozświetlania cienia, nie poradził sobie z nim. Tym samym pogłębiał jedynie kompleks wobec niego, wobec Carla Gustawa Junga, nie dochodząc nigdy do stanu równowagi na wyższym poziomie psyche. Tak na marginesie, niezależnie od Szwajcara, w Polsce podobne poglądy głosił profesor Kazimierz Dąbrowski w ramach teorii tzw.dezintegracji pozytywnej.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s