Archiwa tagu: felieton literacki

Z lokalnej łączki(13)

Niedawno przeczytałem w „Głosie Głogowa” wywiad z założycielem Narodowego Głogowa Dawidem Hajnce pod znamiennym tytułem „Nie jesteśmy faszystami”. Aliści w owej prasowej spowiedzi pan Hajnce głosząc „Polska dla Polaków” wciąż powoływał się, może nieświadomie, na sławetne tezy Jędrzeja Giertycha z „Wyjścia z kryzysu” czy Benito Mussoliniego i jakby cytował fragmenty „Doktryny faszyzmu” Chociażby ten, w którym duce stwierdzał, że ” Człowiek faszyzmu jest jednostką, która jest jednorodnym narodem i ojczyzną” Niewątpliwie pan Hajnce, także jego polityczni sojusznicy to faszyści, tak, pełną gębą faszyści jak onegdaj Gnębon Puczymorda. Chciałbym jednak zaznaczyć, że określenie „faszyści” nie jest równoznaczne ze stygmatyzowaniem, próbą przedstawiania ich politycznych sylwetek w złym świetle, nie służy demonizowaniu miejscowych narodowców. Doceniam, że nie chcą brać udziału w wyścigu szczurów i…nawet sny kierują w stronę Wielkiej Polski. Rzecz jasna nie akceptuję organizowanych przez owych Dziarskich Chłopców i Harde Dziewczęta seansów nienawiści, szumnych zapowiedzi że obcy, inaczej myślący usłyszą ” chrzęst, chruszczenie i chrobot” kości. co należy ujmować nie tylko w kategoriach wiecowej retoryki. Jednakże przy tych wrzaskliwych groźbach, czasem natrętnych pogróżkach nie można zapominać, że ich brunatna siła bierze się ze słabości, pozorna odwaga z tchórzostwa. Najbardziej boją się swoich lęków. I osobistych klęsk, nieudacznictwa i samotności, tudzież wyzysku ekonomicznego przez kosmopolitycznych bonzów i tyrad liberalnych inteligencików, relatywizmu moralnego Zachodu i niszczenia uprzywilejowanej pozycji Kościoła, nadto spodziewanej nawałnicy krwiożerczego islamu, w sumie: wszystkiego co obce, jakoby wrogie i nieznane. Głogowscy narodowcy-faszyści  są do tego stopnia podszyci tchórzliwością- wszak lęk stał się w nich dominantą, chorobliwą obsesją- iż najpewniej czują się w zwartym szeregu, rytmicznym pochodzie przy dźwiękach blaszanego bębenka jak kiedyś u Grassa (  to był  obrazek o rytuałach nazizmu, ale jakże podobny). Zatem, od kilku tygodni w Głogowie Zdroju próba powtórki atmosfery i wydarzeń z 1933 roku, A tchórzem sponiewierani buńczucznie zapowiadają, że już niedługo staną się potęgą. Aczkolwiek na początek przydałoby się im choć odrobina odwagi, tej duchowej, która pozwoli w końcu uporać się z własnymi demonami.

Faszyzowanie powraca nie tylko do lokalnych społeczności. Legendarny opozycjonista Kornel Morawiecki ostatnio z mównicy sejmowej z emfazą przekonywał,że „Dobro narodu stoi ponad prawem” przy entuzjazmie większości posłów. Oczywiście nonsensem byłoby pogląd, że obecnie rządzący chcieliby, żeby te słowa stały się ciałem i przy byle okazji określali dla obywateli, również Głogowa, co jest „dobrem narodu” Pomimo tego zastrzeżenia niewątpliwym osiągnięciem byłego przywódcy Solidarności Walczącej jest wprowadzenie do szerokiej debaty publicznej języka i sformułowań, których nie powstydziłby się Dino Grandi, Antonio Salazar, czy nieświętej pamięci Joseph Goebbels głoszący za furerem -„Ty jesteś niczym, naród jest wszystkim”. Naród (volk) i wizja jego raju była dla tych potępieńców Absolutem ,stały ponad wszelkim prawem stanowionym. W związku z powyższym rodzi się pytanie: czyżbyśmy musieli kształtować w sobie poczucie nieuchronnego deja vu ?

Konflikty w MOK i „Moriusie”…Mam nadzieję, że dojdzie do ugody między częścią pracowników-związkowców a dyrektorkami, topór wojenny zostanie zakopany na dłużej. Muszę szczerze przyznać; odczuwałem pewien dyskomfort  podczas posiedzenia Komisji Edukacji i Kultury zwołanej w celu  wysłuchania zantagonizowanych stron z MOK. Wraz z dyrektorką przyszedł na spotkanie z radnymi jej mąż, nie dał się wyprosić,co wprawdzie nie było złamaniem prawa, a li tylko dobrych obyczajów. Jego ostentacyjna obecność podważała autorytet szacownej małżonki; również bez wsparcia poradziłaby sobie, bowiem  nikt z radnych nie miał zamiaru komplikować, rozogniać napiętej sytuacji w najważniejszym  przybytku głogowskiej kultury. W wywiadzie dla TV Master przywołałem to wydarzenie sugerując dziennikarce, że „Niektórzy lokalni notable zachowują się tak, jakby byli co najmniej z dynastii… Wazów” (ten fragment wywiadu nie doczekał się emisji, został wycięty( sic!)). I dopełniłem całą sytuację skromną uwagą, że szwedzkie „vasa” oznacza „słomę” lub „snopek słomy”( żeby nie było niedomówień…chodziło mi o syndrom „słomianego wdowca”,naprawdę). Bywa, że męski egocentryzmem w połączeniu z nadopiekuńczością staje się własną karykaturą.

Wnikliwa analiza projektu budżetu przygotowanego na 2016 rok przez Króla Słońce i dworzan, przekonuje również wcześniejszych niedowiarków, że w niektórych działach nieprzypadkowo poczesne miejsce zajmuje pozycja-„inne usługi”; natrętna, enigmatyczna i ogólnikowa, która być może pozwoli na zaoszczędzenie pieniędzy podatników na kolejne zabawy, jarmarki…igrzyska. To część ustawicznej rewii mody, w której najbardziej liczy się strój, poza, mina. Ubolewam, że majestat Jego Słoneczności zniża się niekiedy po poziomu zblazowanego birbanta; upodobniony do hrabiego Szarm próbuje za każdą cenę i na wszelkie sposoby uwieść głogowski lud, czyli wyimaginowaną ‚cud-dziewczynkę”Albertynkę. Zresztą, niejeden raz udowodnił, że wstydzi się prawdy-nagości, wierzy w porzekadło- „moda jest czasem, moda jest historią”. Ot, zdarza się że wielki z niego strojniś i filut . Niestety, zdarza się…

Reklamy

Z lokalnej łączki (12)

U Michała Bułhakowa w „Psim sercu” poczciwiec-włóczęga pies Szarik w wyniku eksperymentu profesora Filipa Filipowicza przekształca się w pana Szarikowa; wbrew intencjom uczonego medyka powołał on do życia sybarytę, służalca i intryganta, który czerpał dużo przyjemności z kłamliwych donosów na współmieszkańców do komendanta podwórkowego  Szwondera. Możliwe, że na takiego głogowskiego Szarikowa – rzecz jasna stojącego zdecydowanie niżej pod względem moralnym aniżeli sympatyczne czworonogi-natknąłem się w ostatnim czasie wraz z jakże wielebnym radnym Norbertem Penzą. A co takiego stało się udziałem pana (pani?) Szarikowa(ow) z nadodrzańskiej kniei? Wcielając się w szaty świadka incognito i niczym z pozoru rasowy( w istocie to człek skundlony) donosroznosiciel zawiadomił władze nadrzędne, że wspólnie z przywoływaną już radnym- Świątobliwością Penzą łamiemy przepisy samorządowe, czerpiemy marne grosze z majątku gminy. Choć orły z kręgu Temidy zgodnie twierdzą, że zarzuty są wyssane z palca, całkowicie chybione, to cała sprawa budzi niesmak. Niejako zaświadcza, że nawet w społecznościach lokalnych wśród przeciwników politycznych obowiązuje wolnoamerykanka, wszystkie chwyty są dozwolone i przodują w wyścigu po władzę nikczemnicy w rodzaju pana(pani?) Szarikowa(ow). I nie chodzi im o prawdę i uczciwość, lecz o podważenie wiarygodności i ochlapanie błotem. A nuż coś się przylepi, upodobni chociaż odrobinę moją najskromniejszą osobę, także przewielebnego Norberta Penzę do milionowych rzesz- pozornie brzydzących się aportowaniem, ujadaniem i kąsaniem- Szarikowów. Dodam tylko, że Szarik-nie tylko u Bułhakowa- tego nie robił.

Teoretycy prawa( w gruncie rzeczy sankcjonujący bezprawie) Andriej Wyszyński(z pochodzenia Polak) i Carl Schmitt podnieśli donosroznosilielstwo do rangi cnoty; stało się ono elementem prawodawstwa III Rzeszy i ZSRR generalissimusa Józefa Stalina. Poza ustrojami totalitarnymi nie zyskiwało, nie zyskuje afirmacji moralnej, gdyż wiąże się z nadmiernym eksponowaniem, nagradzaniem mroczniejszej strony natury ludzkiej, owego Jungowskiego „cienia” poniekąd zaprzecza wzniosłym wartościom kultury śródziemnomorskiej. Niemniej pleni się jak zaraza, wnika w krwiobieg społeczeństw niezależnie od szerokości geograficznej, tętni i bryzga. Bywa domeną tych, co żyją w strachu, ale także nienawiści, jaką rodzi strach, tych, co gardzą sobą, gardzą tymi ,których krzywdzą, tymi, którzy ich skrzywdzili i niczym Pigmalion stworzyli. Według dramaturga Tadeusza Słobodzienka Polacy utożsamiają się z Kościołem-instytucją, która zbudowała swoją siłę na spowiedzi, czyli donosie na samego siebie i innych; donosroznosicielstwo jest immanentnie związane z polskim etosem. Aliści jest to przede wszystkim prowokacyjna, trochę skandalizująca, teza nietuzinkowego artysty. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jest ono(tj.pisanie donosów) trwale zakorzenione w rodzimej obyczajowości, pomimo tego że jej spiritus movens jest jakoby tradycja chrześcijańska. Tabloidyzacja i brutalizacja polityki, mizeria tzw. elit sprzyjają nasileniu tego zjawiska. Przyznam szczerze, że nie ekscytują mnie „taśmy prawdy”, podsłuchy, przecieki, haki; należy podkreślić, że autorzy tych rewelacji-donosów są zazwyczaj anonimowi. Odwołują się one do najniższych instynktów i emocji, wprowadzają w korowód pomówień, kłamstw, oskarżeń, zabrudzają moralnie uczestników wydarzeń. Mnożą Szarikowów (Szarikow ?), którym się wszystko w wymiarze etycznym pokręciło, pokotłowało i w końcu pokiełbasiło. To oni tworzą mierzwę historii.

Czy uchodźcy pojawią się u bram nadodrzańskiego grodu? Prędzej niż później jest to bardziej prawdopodobne aniżeli niemożliwe. Ponoć większość mieszkańców współczuje tułaczom z Bliskiego Wschodu, ale obawia się mieć muzułmanów za sąsiadów. Strach ma wielkie oczy, zbliża się i utrwala w niejednej głowie stereotyp muzułmanina- terrorysty. Niestety, przyczyniają się do tego niezbyt rozgarnięci intelektualnie politycy i publicyści; na przykład Jarosław ‚Przedszkole” Gowin albo naczelny tygodnika „Do(Od) Rzeczy” Paweł Lisicki, którzy straszą i szczują stosując wobec tak złożonego zjawiska jak terroryzm kryterium religijne. Gdyby pójść tropem myślenia tych panów i im podobnych, to równie dobrze można uznać za rozsadnika terroryzmu np. chrześcijaństwo i judaizm; w Irlandii Północnej także różnice w obrębie sacrum powodowały, że katolicy z IRA mordowali protestantów ze Zbrojnych Oddziałów Ulsteru i odwrotnie, całkiem niedawno chorwaccy ustasze( katolicy) dokonywali zamachów i wycinali serbskich czetników(prawosławni), co spotykało się ze zbrodniczą wzajemnością, a ekstremiści z Kahana Chaj i Zelotów Boga Izraela zabijają muzułmanów z Palestyny i staje się to pretekstem do obłąkanej vendetty. Takich przykładów jest dużo więcej. Przy okazji problemu- przyprawiającego o ból głowy całą UE- z przybyszami z Syrii Jarosław”Przedszkole”Gowin proponuje wprowadzenie polskiej odmiany apartheidu (zrodził się z wynaturzonego kalwinizmu)-segregowania uchodźców na chrześcijan (dobrzy) i muzułmanów ( nadzwyczaj niebezpieczni, źli). Być może należy mu przypomnieć, że wierni wyznawcy islamu za proroka uznają Jezusa Chrystusa (poprzedzał Mahometa), fundamentem moralnym tej religii jest Dekalog, chrześcijaństwo jest jej częścią. Zatem trąci infantylizmem rozciąganie morderczego fundamentalizmu Al Kaidy i Państwa Islamskiego na wiele różnorodnych nurtów i odłamów islamu. Obecna fala wychodźstwa to dopiero początek exodusu. Ich przybycie do Polski, zapewne w niedalekiej przyszłości do Głogowa Zdroju, przyniesie korzyści-demograficzne, tudzież ekonomiczne, ale też przysporzy mnóstwa kłopotów natury kulturowej i polityczno- społecznej; wśród miłośników szariatu zdarzają się czasami epigoni Szarikowa( Szarikow?), czyli kanalie. Jednak nie jest mądrym pomysłem przedwczesne stygmatyzowanie, wręcz demonizowanie dziesiątek tysięcy nieszczęśników, którym marzy się lepsze życie i jeszcze… nie postawili stopy na polskiej ziemi. Wobec powyższego czcigodni mieszkańcy Głogowa Zdroju nie powinni zawierzać bredniom, rozbuchanej hucpie kilku niedouczonych lub- co jeszcze gorsze- cynicznych politykierów.

Z lokalnej łączki (10)

Przyszła kryska na matyska. W środę ( jak to mawiał James Joyce -„w szkodę”) w samo południe( niczym w słynnym westernie  z Gary Cooperem, którego ani na jotę nie przypominam, niestety) przy Ratuszu zaatakował mnie Waleczny Hufiec Pań Sprzątających w UM. Dowiedziałem się, że jestem głuptakiem, absolutnym leniem, który nic nie robi na rzecz mieszkańców Głogowa Zdroju i przypisuje sobie zasługi Króla Słońce min osławiony plener,, poza tym liczę tylko pieniądze ( ponoć jestem najbogatszym z radnych), a  na konferencjach prasowych siedzę przy Jego Ekscelencji przewodniczącym Rady Miasta, żeby się wywyższać, pysznić…( przy stole jest zazwyczaj tylko jeden mikrofon i trudno siedzieć gdzieś daleko dalej od Jego Ekscelencji)) Część członkiń Walecznego Hufca zagroziła pojawieniem  się na sesji RM, by „zrobić porządek z takimi jak ja ” i pewnie kilkoma innych z kręgu centroprawicy. Niby historyjka bez znaczenia, ale jednak zaintrygowała mnie ta wręcz wzorcowa, niebywale rozbuchana, krzykliwa i rozedrgana niechęć. Okazuje się, że Najjaśniejszy jest popierany nie tylko przez kawiorową lewicę, liberałów (tych od Johna Locke’a aż po Alberto Alesinę niezmiernie cenię), ale także przez osoby mogące z powodzeniem tworzyć jakąś fanatyczną sektę. Czy zatem WHPS  może być religijno-zbrojnym ramieniem UM lub zalążkiem jakiejś organizacji terrorystycznej, albo-co niezwykle interesujące-duchowym przyczółkiem do tworzenia „religii głogowskiej” ? Nie sądzę, nie popadajmy w przesadę,nie ulegajmy panice. Poza tym w gronie organizacji WHPS bywają także osoby mądre, wrażliwe i możliwe są tam rozłamy. Na razie traktuję   WHPS jako lokalną ciekawostkę polityczno-socjologiczną, godną podziwu chociażby ze względu na żarliwe angażowanie w sprawy Głogowa Zdroju, co nie jest zbyt częste wśród mieszkańców nadodrzańskiego
polis.

Głogów Zdrój to niejednokrotnie miejsce buntu przeciw skostniałym konwencjom, dające ożywczy impuls do powstawania swoistych fenomenów politycznych, które mogliby z powodzeniem opisywać uczniowie twórcy fenomenologii Edmunda Husserla. Weźmy chociażby pod „szkiełko i oko” przypadek byłego wiceprezydenta Głogowa, którego przebogatą wyobraźnię można porównywać nawet do literacko-filozoficznych imaginacji Bruno Schulza; znamienne, że podobnie do skromnego nauczyciela z Drohobycza korzysta z Bergsonowskiej teorii nieokreśloności, nieuchwytności człowieka, rzeczywistości i możliwości ich mitologizacji. Przez osiem lat był kojarzony z obozem politycznym Jana Zubowskiego, otrzymywał profity -zaszczyty ze spiżarni władzy, z list Komitetu Jana Zubowskiego został radnym w Radzie Powiatu, a jednak usilnie deklaruje, solennie zapewnia, że tak naprawdę i do głębi zawsze był niezłomnie niezależny, hardy, a swoje „sklepy cynamonowe” tworzył i teraz rozwija wyłącznie dla dobra ludzi. Tak, to istny fenomen; niby był z nimi, a nigdy nie był, kandydował z listy, na której nigdy nie był umieszczony, należy do klubu radnych Jana Zubowskiego, ale od momentu powstania nie był jego członkiem. Ze świecą można szukać takich polityków nawet w wymyślanej Nibylandii; nietuzinkowy, niepowtarzalny, niezwykły i obdarzony darem… przewrotnej prawdomówności Gdyby uwierzyć w alians byłego wiceprezydenta z Pawłem Kukizem, mógłby swoją Jedyną Osobę symbolizować Trójcę Polityczną. Czy Świętą? Ale jak to mawiali starożytni:”Omne trinum perfectum”(„Wszystko co potrójne jest doskonałe”). I proszę nie uśmiechać się pod nosem…

Przepełnieni dobrą wolą i w zgodzie: Stowarzyszenie Patriotyczne, prezydent i radni dołożyli wszelkich starań, by obchody 71 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego wypadły okazale. Rekonstrukcja przy Ratuszu miała charakter memento, nie było odwołań do narodowego triumfalizmu, albowiem ten powstańczy zryw- tragiczny i najkrwawszy w naszych dziejach- winien być okazją do pogłębionej refleksji historycznej, kształtowania postaw politycznych na przyszłość. szansą na odkłamywanie i racjonalizowanie naszej martyrologii. Przypomnę, że w Komendzie Głównej AK było wielu przeciwników włączenia do planu „Burza” Warszawy m.in płk. Stanisław Tatar, płk. Mieczysław Drobik, a Naczelny Wódz gen. Kazimierz Sosnkowski zakazał wywoływania powstania, ale rozkaz dotarł do dowódcy AK gen.Bora-Komorowskiego i dowodzącego działaniami wojskowymi płk. Antoniego Chruściela „Montera” dopiero 6 sierpnia 1944 roku. Wśród powstańców byli żołnierze AK, ok.800 z NSZ i oddział AL mjr.Bolesława Kowalskiego,  grupy ŻOB Icchaka Cukiermana i Marka Edelmana – swoista, bo jakoby wykluczająca się poprzez zawarte w niej elementy mozaika narodowościowa i polityczna. Największych masakr i zbrodni dokonywali członkowie SS „Dirlewanger” , Ukraińcy z RONA pod wodzą gen.SS Stanisława Kamińskiego i własowcy z ROA. Hekatomba ludności cywilnej, dekonspiracja i zniszczenie struktur Polski Podziemnej( w miejsce AK powstała organizacja „Nie” gen. Emila „Nila” Fieldorfa),barbarzyńskie niszczenie stolicy, przyśpieszona sowietyzacja kraju…Jest o czym dyskutować. spierać się i  dochodzić do konstruktywnych, mądrych wniosków.

Polityczny Bruce Springsteen

Czasami amerykański Kongres przyjmuje rezolucję honorującą wybitnych artystów. Kiedy w 2005 roku dwaj demokratyczni senatorowie ze stanu New Jersey postanowili uczcić 30 rocznicę wydania „Born To Run” i przedstawili kandydaturę Bruce Springsteena do tego wyróżnienia nie spodziewali się, że natrafią na zaciekły opór ze strony republikanów. Próbowali oni zrzucić z artystycznego piedestału tego wnikliwego komentatora rzeczywistości, niekiedy uważanego za głos sumienia Ameryki, który w piosence „Urodzony w USA” pisał:” Urodziłem się w martwym mieście/ Gdzie się kopie ludzi mówiąc „leżcie”/ Ludzie kończą tam zbici jak psy(…)”

Począwszy od nagranej we własnej kuchni, prawie debiutanckiej „Nebraski” z 1982 roku aż do ostatnich albumów, Sprinsteen wciąż potrafi zadziwić odbiorców poetycką sugestywnością i zarazem dobitnością tekstów piosenek, które zazwyczaj odnoszą się do etosu zwykłych ludzi. Przy surowym, czasami zgrzytliwym brzmieniu gitar zdarza mu się wyśpiewywać zbuntowane songi, kontestujące „amerykański sen” z czasów rządów Ronalda Reagana i jego republikańskich następców. Przypomina o codziennych małych klęskach, niczym Kasandra wieszczy o katastrofie, żeby uprzedzić jej nadejście i dawać siłę moralną do dalszych zmagań. Staje się na tyle wyrazistym głosem amerykańskiej ulicy, prowincjonalnych zaułków, że liczy się z nim Biały Dom, niezależnie od tego, kto tam mieszka. W „Bobby Jean” napisał „(…)Przed deszczem biegliśmy schować się/ przed światem, bólem tym” zdając sobie sprawę z tego, że pozytywne myślenie nas usypia, rozleniwia, wręcz przyczynia się do degrengolady rzeczywistości.

Rockowy idol Ameryki na dobre zadarł z konserwatywnymi republikanami już w 1984 roku, kiedy to Ronald Reagan ubiegał się o drugą prezydenturę. Jego doradcy wykorzystali w kampanii utwór „Born In The USA”, ale zapomnieli zapytać muzyka o zgodę. Sprinsteen zmusił świtę republikańską do zmiany hymnu wyborczego, a na koncertach ze zjadliwą przekorą dedykował prezydentowi piosenki opisujące mroczne strony życia Jankesów. Wprawdzie Reagan, bożyszcze polskiej „Solidarności”, odniósł zwycięstwo nad „imperium zła” (Evil Empire), czyli ZSRR,ale jego program społeczno-moralny m.in wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji, przywrócenie patriarchalnej rodziny, pomniejszenie roli kobiet, nazywany często „rewolucją Raegana”, nie mógł przypaść do gustu artyście, który nade wszystko ceni ducha wolności i liberalizmu we wszelkiej ludzkiej działalności.

Suzanne Vega i Nowy Jork

Niedawno minęła kolejna rocznica ataku terrorystów z Al Kaidy na World Trade Center. To tragiczne wydarzenie zmieniło Amerykę w bardziej represyjne państwo, stało się również źródłem inspiracji dla artystów. Przypomniałem sobie o tych oczywistościach, kiedy sięgnąłem po krążek „Crime & Beauty” Suzanne Vegi z 2007 roku; muzycznego zaproszenia do intymnej rozmowy o Nowym Jorku-takiej, jaką toczy się w momentach, gdy udaje się odsunąć na bok pośpiech, doraźność, wspomina się dramat ludzi i miasta z perspektywy kilku lat, przyzywa sumę urazów, żalów, lęku , zapiekłych niepojednań i ożywiającej nadziei.

Suzanne Vega konsekwentnie dba o to, od czasu oszałamiającego sukcesu z płytą „Solitude Standing” z wielkim hitem „Luka” z 1987 roku, żeby być antygwiazdą, osobą jak najbardziej zwyczajną. To credo artystyczne i życiowe tej artystki, która czasami nazywana jest „poetką ulicy”, bowiem jej teksty najczęściej pulsują rytmem życia wielkomiejskich społeczności, pochylają się nad losem niepokornych i odrzuconych, żyjących na marginesie. Nie jest żadną tajemnicą, że początkowo czerpała pomysły z tekściarskich dokonań  Boba Dylana, Leonarda Cohena, Lou Reeda czy Joan Baez, zaglądała do poezji Allena Ginsberga i Georgy Corso. Po okresie intensywnej pracy twórczej Vega  zakochała się w producencie jej albumów Mitchellu Froomie, wyszła za mąż i urodziła córeczkę Ruby. Poświęciła się małżeństwu i kulinariom m.im dochodząc do perfekcji przy przyrządzaniu ryżu z fasolą. Po pięciu latach związku Mitchell ją opuścił, a miłośnicy jej talentu odetchnęli z ulgą, bowiem w okresie „małżeńsko-kuchennym” napisała zaledwie dwie piosenki. Po rozwodzie szybko wróciła do artystycznej formy i nagrała świetny album ” Songs In Red And Gray” w 2001 roku, jeszcze przed okrutnymi poczynaniami ludzi Bin Ladena w Nowym Jorku  czy też  Waszyngtonie. Płyta „Crime & Beauty” wydaje mi się jeszcze lepsza, ważniejsza od poprzedniej.

Nie żyjemy w najlepszym ze światów. Horroryzm Al Kaidy, tudzież pokrewnych organizacji, miał i ma w sobie coś z nieoczekiwanego, zaskakującego bestialstwa, które odbiera na całe życie poczucie bezpieczeństwa, wzmaga nieufność wobec innych ludzi. Przynosi nie tylko rany i śmierć, ale także długotrwale okalecza moralnie. O tym pisze i śpiewa w „Crime & Beauty” Vega. Chociażby w utworze „Angel’s” :”Anioł przychodzi do domu(…) Ona zna ten zapach/ Życia, o którym on nie może mówić/ O pozorach, ciałach, zamieszaniu/ Wewnątrz jego mózgu/ To nie jest już nigdy takie same/ Chociaż on próbuje/ Utrzymać iluzję ” Ci co przeżyli jeszcze dogłębniej powinni sobie uzmysłowić chaos i kruchość istnienia. U nas jeszcze niedawno ks. Jan Twardowski przekonywał, żebyśmy nie zwlekali, raczej śpieszyli się z miłością do ludzi, bo ” tak szybko odchodzą” W podobnym tonie wypowiada się Amerykanka w „Anniversary”- „Uważaj na codzienne męstwo/ Dostrzeż nowoodkryte uprzejmości/ Dotknij nagłego dziedzictwa(…)” Vega przekonuje, żeby żyć uważnie pod względem moralnym, bez strachu, z nadzieją na lepsze jutro i pojutrze. Tylko w ten sposób można w pełni udowodnić, że obłąkańczy terror, zagrożenia z niego płynące, nie zwyciężą, a w niedalekiej przyszłości nie powiodą do duchowej klęski. Dopowiada również w piosence „New york Is A Woman”, że Nowy Jork jest kobietą. Dającą życie i wciąż uczestniczącą w rytuale przemijania i śmierci, Trwającą jak opoka niezależnie od sytuacji i czasu:”(…)Nowy Jork jest kobietą, która sprawia,że będziesz płakał/ A dla niej jesteś wyłącznie następnym facetem/ Wyglądasz na zmartwionego widząc jej zrujnowane miejsca(…) / Jest szczęśliwa, że jesteś tu, lecz kiedy znikasz/ Nie będzie wiedziała, że odchodzisz, by się pożegnać”. Tak, Nowy Jork jest kobietą pełną piękna i zbrodni. Ona przetrwa, kiedy inni, ledwie zauważalni, czasem bezimienni, muszą podążać  w niezmiennym korowodzie za cieniem śmierci.

Po zakończeniu pracy nad materiałem do „Crime & Beauty”  Suzanne Vega po raz drugi wyszła za mąż .Tym razem wybrańcem jej serca został prawnik Paul Mills. Mogę jedynie przypuszczać,, że stabilizacja życiowa , odwzajemniane uczucie, ponowne przyzwolenie dla samej siebie  na wciągnięcie w wir obowiązków domowych, niezbyt dobrze wpływają- w jej przypadku-na  wenę twórczą.Wprawdzie artystka często koncertowała m.in w Polsce zwiedzając jako zwykła turystka Paryż, Pragę  czy Warszawę, ale na nową płytę trzeba było czekać aż siedem lat. Dopiero w tym roku ukazał się kolejny studyjny album Vegi” Tales From The Realm Of The Queen Of Pentacies”. Mimo wielu pozytywnych recenzji, moim  najskromniejszym zdaniem, zdecydowanie słabszy od poprzedniego.

 

Monika Weychert -Waluszko, Romowie i Żydzi

Najpewniej książka Moniki Weychert-Waluszko ” Romano kher .O romskiej sztuce, estetyce i doświadczeniu” towarzyszącej wystawie „Domy srebrne jak namioty” w Zachęcie, biografia ‚Papusza” Angeliki Kużniak i premiera kinowa „Papuszy” małżeństwa Krauzów powodują, że rośnie zainteresowanie problematyką romską. Przypuszczam, że wywodząca się z Torunia krytyk i kuratorka sztuki inspirowała również redakcję TVP Kultura, a ta w sobotę w godzinach nocnych zaserwowała odbiorcom ożywioną i prowadzoną ze znawstwem dyskusję o polskich Romach, w której brylowała pisarka Lidia Ostałowska; zauważyła, że dla Polaków tolerancja wobec Romów jest równoznaczna z akceptacją ich dostosowania do naszych wymogów i w żadnym wypadku nie jest to uznanie równoważności, integralności ich kultury. Dla NOP, ONR-u, innych przedstawicieli skrajnej prawicy, także dla większości Polaków społeczność romska zaczyna być przysłowiowym „kozłem ofiarnym”, z niemałym powodzeniem zastępuje Żydów. Weychert-Waluszko przypomina o niby drobiazgach; w Poznaniu w Piano Barze” nie obsłużono światowej sławy skrzypka Miklosza Deki, bo przecież wisiała tam na drzwiach kartka „Cyganów nie obsługujemy” Projekty wypędzenia Romów lub tworzenia gett pojawiły się całkiem niedawno we Wrocławiu i Andrychowie, Według badań CBOS cztery piąte Polaków myśli o Romach w sposób stereotypowy i niechętny i przyzwolenie społeczne na ich przymusowy exodus zapewne byłoby duże.wśród naszych rodaków. Przy okazji rodzi to we mnie skojarzenia z pierwszych wielkim wypędzeniem w Europie ponad 500 lat temu i próbami pozbycia się Żydów z Polski w 1938 roku, co proponowali m.in katolicki pisarz Jan Dobraczyński i Konstanty Ildefons Gałczyński.

Problem wypędzeń- w naszym przypadku na szczęście jeszcze teoretyczny- zazwyczaj powraca rykoszetem do sprawców tych wydarzeń i ciąży nad ich historią .Boleśnie o tym przekonali się Hiszpanie. 31 marca 1492 roku król Ferdynand i królowa Izabela Kastylijska podpisali edykt  nakazujący Żydom w ciągu czterech miesięcy przyjęcie chrztu lub opuszczenie kraju. W istocie inicjatorem „marszu śmierci” ponad 300tys Żydów z Półwyspu Iberyjskiego był Wielki Inkwizytor Tomasz Torquemada. Sefardyjczycy do końca lipca  opuścili Półwysep Iberyjski i docierali  nawet do Polski i Turcji. Sułtan Bajazyt II wyśmiewał hiszpańskiego monarchę:” Czyż można nazywać takiego króla mądrym? Zuboża swój kraj, a wzbogaca swoje panowanie” Na podobny błąd pozwolili sobie Niemcy w XX wieku; poprzez szaleństwo „holocaustu” pozbawili się wówczas tysięcy wybitnych naukowców, inżynierów, lekarzy, rzemieślników. Hiszpanie późno uzyskali świadomość narodową i do jej wzmacniania potrzebowali „kozła ofiarnego”, wroga uosobionego w Żydach. Kiedy ich zabrakło, rozpoczęto szukanie „Żyda zastępczego” i prześladowania dotknęły przede wszystkim marranów .Nie koniec to nieszczęść ludności żydowskiej w dobie nie zawsze światłego renesansu. Bodajże 14 lipca 1555 roku papież Paweł IV wydał bullę „Cum nimis absurdum”, w której określał zasady utworzenia getta dla Żydów w Rzymie. Tak, getta to ‚wynalazek” Kościoła i Niemcy w tej materii nie musieli niczego nowego wymyślać. Przy okazji owej bulli papież argumentował:”Jest głupim i niestosownym,by Żydzi, których Bóg skazał na wieczną niewolę, mieszkali razem z chrześcijanami’ Ot, typowe chrześcijańskie miłosierdzie.

Dopiero w 1924 roku Sefardyjczykom mieszkającym głównie na Bałkanach ( z nich wywodził się noblista Elias Canetti) i we Francji przyznano prawo do osiedlania się w Hiszpanii, a w 1935 roku prezydent Zamora uznał edykt z 1492 roku za „hańbę, plamiąca dzieje narodowe”. Co ciekawe, w czasie istnienia faszystowskiego reżimu gen. Franco w 1941 roku uroczyście w Madrycie zainaugurowano ośrodek historii żydowskiej i przy wsparciu dyktatora ratowano w Hiszpanii kilkadziesiąt tysięcy Żydów przed okrucieństwami nazistów. Był to swoisty akt ekspiacji i odkupienia w odniesieniu do wydarzeń z końca XV wieku. W kwestii żydowskiej gen.Franco nie współdziałał z Hitlerem. Fundamentem swoich rządów uczynił katolicyzm i sojusz z Kościołem, ale unikał gestów jednoznacznie antysemickich. Pod koniec swoich rządów doszło nawet do wybudowania w 1968 roku synagogi w Madrycie.i formalnego uchylenia edyktu królewskiego z 1492 roku.Jednak dopiero w 1992 roku odbyło się w Hiszpanii z udziałem prezydenta Izraela uroczyste pojednanie się obu narodów.

Poszukiwanie obecnie w Polsce”  Żyda zastępczego” i coraz częstsze wskazywanie na Romów można wiązać sie, prócz przyczyn ekonomicznych i kulturowych, z poszukiwaniem i wzmacnianiem tożsamości narodowej przez rzesze Polaków po transformacji 1989 roku. Nie jest to wyłącznie specyfika polska. Monika Weychert-Waluszko i inni badacze, znawcy problematyki romskiej wskazują na przebieg operacji „Nomad” we Włoszech, podobne działania przeciw koczowiskom we Francji , pogromy i mordowanie Romów przez policję i nacjonalistów w 2009 roku na Węgrzech, tworzenie gett w Słowacji. W Polsce na razie tego typu działania mają charakter incydentalny i są możliwe jedynie w wymiarze lokalnym. Przekonamy się, co będzie za kilka lat. Być może „Żyd zastępczy” nowym władcom Polski będzie niezbędny do zintegrowania Polaków. Przykład Andrychowa dobitnie o tym przekonuje. że jest to możliwe.

Francoise Sagan i śmierć

Niedawno minęła dziewiąta rocznica śmierci francuskiej pisarki Francoise Sagan. To ona udzielając wywiadu dla ‚Le Figaro” w marcu 1979 roku stwierdziła bez owijania w bawełnę:” Śmierć nie ma w sobie nic romantycznego, Jest banalna, ponura, straszna, dramatycznie konkretna, żałosna” To wyznanie wiązało się  z jej gorączkowym życiem, zazwyczaj na krawędzi , co tylko przybliżało rychły koniec, taki sam dla wszystkich. Zresztą Francois Mauriac zwykł pisać o niej „uroczy potworek” Także duże wrażenie wywarła na niej choroba i umieranie przyjaciela Jeana Paula Sartre’a, któremu przemycała alkohol, kiedy znakomity filozof otrzymał od lekarzy bezwzględny zakaz picia.

Sagan w niebanalny sposób zaczęła karierę literacką. W 1953 roku oblała maturę i zamiast przysiąść fałdów, wkuwać do egzaminów, napisała latem powieść „Witaj smutku’ Bestseller siedemnastolatki  niejako zapowiadał rewolucję obyczajową lat 60-tych i stał się sensacją na rynku wydawniczym we Francji w 1954 roku. Po oszałamiającym debiucie nie potrafiła wybrać między życiem mieszczańskim i  szaleństwami paryskiej cyganerii. Wyszła za mąż, miała syna, rozwiodła się, znów wyszła za mąż i rozwiodła się. Zaczęła przesadzać z piciem, choć przyznawała z przewrotnym wdziękiem” Oto niezrównany urok alkoholu: przychodziło się do nocnego lokalu z Arturem, a wychodziło z Pawłem” Z rozbrajającą szczerością potwierdzała również, że nie zna żadnego pisarza ze swojego pokolenia, który by czegoś nie brał. Nałogi nie były  jednak w stanie oderwać jej od pisania. Wciąż pojawiały się nowe powieści i sztuki teatralne.

Nie należę do saganofilów i „Witaj smutku”- naiwną opowiastkę o zawirowaniach uczuciowych nastoletniej alter ego autorki Cecylii, a także następne powieści „Pewien”uśmiech”,”Czy lubi pani Brahmsa?”,”Kobietę  w makijażu” o żyjących w luksusie nieszczęśnikach, traktuję jako literaturę pośledniejszego gatunku, niezłe knoty powieściowe. Bardziej wydaje mi się interesująca jej legenda i powinowactwa Saganki z tuzami współczesnej kultury. W 1984 roku wydała chyba swoją najlepszą książkę-‚Zapisane w pamięci” o znajomych i przyjaciołach:Jean Paulu Sartrze, Orsonie Wellsie, Rudolfie Nuriejewie i słynnym dramaturgu Tennessee Williamsie. Opowiada w niej również o dzieciństwie, babci i znajdowanych na strychu w babcinym domu książkach Dostojewskiego. A swój niebywały temperament, igranie z ogniem tłumaczyła w niej korzeniami słowiańskimi; jedna z jej babek była Rosjanką.

Mimo burzliwego życia, nie mogła narzekać na nudę, sukcesów, sławy Saganka  nie przepadała za dzisiejszymi czasami. Uważała, że głównym grzechem naszej epoki jest  wyrachowanie i towarzyszący temu materializm, najczęściej w złym guście ekshibicjonizm. Dla autorki „Witaj smutku” najcenniejszą wartością pozostała wyobraźnia,dzięki niej ludzie mogą wczuć się w położenie innych, przekraczać siebie i uczyć się tolerancji. Po napisaniu „Patrząc wstecz”w 1998 roku pisarka coraz bardziej zapadała na zdrowiu, do tego doszły następne perypetie z narkotykami i stróżami prawa. Wielokrotnie była hospitalizowana ,rosło zmęczenie cierpieniem i umieraniem. Odeszła pod koniec września 2004 roku w jednym z normandzkich szpitali na skutek zatoru  płuc. Stało się tak, jak to kiedyś przewidywała; jej śmierć nie miała w sobie nic romantycznego, Była banalna, ponura,straszna, dramatycznie konkretna, żałosna.