Archiwa tagu: marek sienkiewicz

Lęk

Nie jest ważne czy dziś uzasadniony.

Mami upiornie bliską rzeczywistość
Wśród błędnych blasków i powabów
Czekając aż z czarną pianą wrzasku
Naprzód ruszy tłum szukający ofiary;
Napotka na ulicach słaby opór gniewu
I zohydzoną do granic potęgę smaku.

I znowu będzie krzyżem wykutym
Przy drogach krucjat ślepców,
Którzy usilnie zdążają do raju.

Telemach Pilitsidis

Z lokalnej łączki (12)

U Michała Bułhakowa w „Psim sercu” poczciwiec-włóczęga pies Szarik w wyniku eksperymentu profesora Filipa Filipowicza przekształca się w pana Szarikowa; wbrew intencjom uczonego medyka powołał on do życia sybarytę, służalca i intryganta, który czerpał dużo przyjemności z kłamliwych donosów na współmieszkańców do komendanta podwórkowego  Szwondera. Możliwe, że na takiego głogowskiego Szarikowa – rzecz jasna stojącego zdecydowanie niżej pod względem moralnym aniżeli sympatyczne czworonogi-natknąłem się w ostatnim czasie wraz z jakże wielebnym radnym Norbertem Penzą. A co takiego stało się udziałem pana (pani?) Szarikowa(ow) z nadodrzańskiej kniei? Wcielając się w szaty świadka incognito i niczym z pozoru rasowy( w istocie to człek skundlony) donosroznosiciel zawiadomił władze nadrzędne, że wspólnie z przywoływaną już radnym- Świątobliwością Penzą łamiemy przepisy samorządowe, czerpiemy marne grosze z majątku gminy. Choć orły z kręgu Temidy zgodnie twierdzą, że zarzuty są wyssane z palca, całkowicie chybione, to cała sprawa budzi niesmak. Niejako zaświadcza, że nawet w społecznościach lokalnych wśród przeciwników politycznych obowiązuje wolnoamerykanka, wszystkie chwyty są dozwolone i przodują w wyścigu po władzę nikczemnicy w rodzaju pana(pani?) Szarikowa(ow). I nie chodzi im o prawdę i uczciwość, lecz o podważenie wiarygodności i ochlapanie błotem. A nuż coś się przylepi, upodobni chociaż odrobinę moją najskromniejszą osobę, także przewielebnego Norberta Penzę do milionowych rzesz- pozornie brzydzących się aportowaniem, ujadaniem i kąsaniem- Szarikowów. Dodam tylko, że Szarik-nie tylko u Bułhakowa- tego nie robił.

Teoretycy prawa( w gruncie rzeczy sankcjonujący bezprawie) Andriej Wyszyński(z pochodzenia Polak) i Carl Schmitt podnieśli donosroznosilielstwo do rangi cnoty; stało się ono elementem prawodawstwa III Rzeszy i ZSRR generalissimusa Józefa Stalina. Poza ustrojami totalitarnymi nie zyskiwało, nie zyskuje afirmacji moralnej, gdyż wiąże się z nadmiernym eksponowaniem, nagradzaniem mroczniejszej strony natury ludzkiej, owego Jungowskiego „cienia” poniekąd zaprzecza wzniosłym wartościom kultury śródziemnomorskiej. Niemniej pleni się jak zaraza, wnika w krwiobieg społeczeństw niezależnie od szerokości geograficznej, tętni i bryzga. Bywa domeną tych, co żyją w strachu, ale także nienawiści, jaką rodzi strach, tych, co gardzą sobą, gardzą tymi ,których krzywdzą, tymi, którzy ich skrzywdzili i niczym Pigmalion stworzyli. Według dramaturga Tadeusza Słobodzienka Polacy utożsamiają się z Kościołem-instytucją, która zbudowała swoją siłę na spowiedzi, czyli donosie na samego siebie i innych; donosroznosicielstwo jest immanentnie związane z polskim etosem. Aliści jest to przede wszystkim prowokacyjna, trochę skandalizująca, teza nietuzinkowego artysty. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jest ono(tj.pisanie donosów) trwale zakorzenione w rodzimej obyczajowości, pomimo tego że jej spiritus movens jest jakoby tradycja chrześcijańska. Tabloidyzacja i brutalizacja polityki, mizeria tzw. elit sprzyjają nasileniu tego zjawiska. Przyznam szczerze, że nie ekscytują mnie „taśmy prawdy”, podsłuchy, przecieki, haki; należy podkreślić, że autorzy tych rewelacji-donosów są zazwyczaj anonimowi. Odwołują się one do najniższych instynktów i emocji, wprowadzają w korowód pomówień, kłamstw, oskarżeń, zabrudzają moralnie uczestników wydarzeń. Mnożą Szarikowów (Szarikow ?), którym się wszystko w wymiarze etycznym pokręciło, pokotłowało i w końcu pokiełbasiło. To oni tworzą mierzwę historii.

Czy uchodźcy pojawią się u bram nadodrzańskiego grodu? Prędzej niż później jest to bardziej prawdopodobne aniżeli niemożliwe. Ponoć większość mieszkańców współczuje tułaczom z Bliskiego Wschodu, ale obawia się mieć muzułmanów za sąsiadów. Strach ma wielkie oczy, zbliża się i utrwala w niejednej głowie stereotyp muzułmanina- terrorysty. Niestety, przyczyniają się do tego niezbyt rozgarnięci intelektualnie politycy i publicyści; na przykład Jarosław ‚Przedszkole” Gowin albo naczelny tygodnika „Do(Od) Rzeczy” Paweł Lisicki, którzy straszą i szczują stosując wobec tak złożonego zjawiska jak terroryzm kryterium religijne. Gdyby pójść tropem myślenia tych panów i im podobnych, to równie dobrze można uznać za rozsadnika terroryzmu np. chrześcijaństwo i judaizm; w Irlandii Północnej także różnice w obrębie sacrum powodowały, że katolicy z IRA mordowali protestantów ze Zbrojnych Oddziałów Ulsteru i odwrotnie, całkiem niedawno chorwaccy ustasze( katolicy) dokonywali zamachów i wycinali serbskich czetników(prawosławni), co spotykało się ze zbrodniczą wzajemnością, a ekstremiści z Kahana Chaj i Zelotów Boga Izraela zabijają muzułmanów z Palestyny i staje się to pretekstem do obłąkanej vendetty. Takich przykładów jest dużo więcej. Przy okazji problemu- przyprawiającego o ból głowy całą UE- z przybyszami z Syrii Jarosław”Przedszkole”Gowin proponuje wprowadzenie polskiej odmiany apartheidu (zrodził się z wynaturzonego kalwinizmu)-segregowania uchodźców na chrześcijan (dobrzy) i muzułmanów ( nadzwyczaj niebezpieczni, źli). Być może należy mu przypomnieć, że wierni wyznawcy islamu za proroka uznają Jezusa Chrystusa (poprzedzał Mahometa), fundamentem moralnym tej religii jest Dekalog, chrześcijaństwo jest jej częścią. Zatem trąci infantylizmem rozciąganie morderczego fundamentalizmu Al Kaidy i Państwa Islamskiego na wiele różnorodnych nurtów i odłamów islamu. Obecna fala wychodźstwa to dopiero początek exodusu. Ich przybycie do Polski, zapewne w niedalekiej przyszłości do Głogowa Zdroju, przyniesie korzyści-demograficzne, tudzież ekonomiczne, ale też przysporzy mnóstwa kłopotów natury kulturowej i polityczno- społecznej; wśród miłośników szariatu zdarzają się czasami epigoni Szarikowa( Szarikow?), czyli kanalie. Jednak nie jest mądrym pomysłem przedwczesne stygmatyzowanie, wręcz demonizowanie dziesiątek tysięcy nieszczęśników, którym marzy się lepsze życie i jeszcze… nie postawili stopy na polskiej ziemi. Wobec powyższego czcigodni mieszkańcy Głogowa Zdroju nie powinni zawierzać bredniom, rozbuchanej hucpie kilku niedouczonych lub- co jeszcze gorsze- cynicznych politykierów.

Władysław Sebyła i poetycki profetyzm

Niedługo kolejna rocznica śmierci Władysława Sebyły jednego z najwybitniejszych polskich poetów dwudziestolecia międzywojennego, którego ciało odnaleziono wśród pomordowanych w Katyniu. W ostatnim wierszu przed wybuchem wojny napisał o „tupocie nóg sołdackich’,  wrzasku „sotni kozackich”,  zagładzie nadchodzącej zarówno z Zachodu jak i Wschodu. Niejako intuicyjnie, wręcz  profetyczne wyczuwał nawałnicę zła mającego zwalić się swoim cielskiem na całe narody i poszczególnych ludzi. W związku z ostatnimi wydarzeniami, chociażby na Krymie, okazuje się,że jego katastroficzne wizje wcale się nie zdezaktualizowały, bynajmniej nie odeszły do lamusa historii.

Z całej mozaiki wątków tematycznych autora „Pieśni szczurołapa” i opoki „Kwadrygi” na pierwszy plan wysuwają się problemy związane z kondycją duchową człowieka i jego relacjami z Bogiem, pełen nadziei prometeizm O człowieku pisał:” Jesteśmy gnojem, mój bracie/ Mierzwą potu i krwi”, ale w „Koncercie egotycznym ” dodawał:” Człowiek-wiatr ,który wstaje z pustki, by uderzyć (…)/ ruch jakiś, który czynem można zmierzyć/ upartą wola czynu,co przenosi skały” Niewątpliwie jest to zamierzona niekonsekwencja w traktowaniu człowieczego losu. Zresztą Stanisław Lem określał to jako zjawisko „kontradyktoryczności”(wewnętrznej sprzeczności) dzieła literackiego w „Filozofii przypadku” i niektórych późniejszych esejach. Poeta postrzegał człowieka jako kogoś ustawicznie poddanego próbom cierpienia, przemijania, odtrącenia, kogoś skrzywdzonego, ale widział go również jako kogoś tworzącego nowe wartości i potrafiącego się przeciwstawiać niszczącym nawałnicom życia. Nade wszystko zauważał alogiczność, irracjonalność  człowieczego losu. Zaświadczał o tym jego ‚Beethoven”:”Chmury fajczanych dymów i mdławy zapach piwiarni/ W drgającym, żółtym świetle-ludzie ruchliwi, czarni./ Zamknij lwie oczy, a w głowie głuchej-tak jak pień głuchej/ mózgiem wielkim jak świat szarpią chaosy wybuchu” Wszak dotknięty głuchotą Beethoven, przełamując słabość, pisał najpiękniejsze symfonie m.in III i IX.

Śmiało można uważać go za poetę metafizycznego.albowiem ludzi i świat postrzegał w kategoriach tajemnicy i sekretu. Zatem realizm splata się w jego twórczości z wizjonerstwem sięgającym w sferę tego, co nieświadome, mroczne, co niemal równoznaczne z Jungowskim cieniem. Przy tym wszystkim niesłychanie wyczulonego na kwestie ułomności, niewystarczalności języka przy opisie ludzi i świata, nieprzystawalności słowa do rzeczy. W „Koncercie egotycznym” wyraził to w sposób niezwykle dobitny:”Bo cóz jest słowo? Tylko cień rzucony/ z ducha człowieka na otchłanie rzeczy/ (…)/ Kłamie mowa/ Kłamiąc buduje świat, którego nie ma” Władysław Sebyła w sposób dogłębny przeczuwa kryzys języka, tak mocno eksponowany później przez poetów bardziej nam współczesnych.

 

 

Golszifteh Farahani: niepokorna z Teheranu

U nas niezbyt ważne spory i hucpa z udziałem arcyfeministek i obrończyń Okopów św.Trójcy wokół wyborów studenckiej miss Torunia, zalew coraz większych  bredni na temat gender, a tymczasem pod innymi szerokościami geograficznymi kobiety codziennie stają przed dramatycznymi wyborami, nie ustają w staraniach, żeby zachować poczucie godności i możliwość samorealizacji Ostatnio natrafiłem na szereg artykułów poświęconych irańskiej aktorce i emigrantce Golszifteh Farahani, która stała się znana na świecie po debiucie w Hollywood w thrillerze „W sieci kłamstw” Ridleya Scotta w 2008 roku. Ta ciemnowłosa piękność jednak zupełnie różni się od niezbyt rozgarniętych intelektualnie gwiazd i gwiazdeczek mówiących wyłącznie o zdrowym odżywianiu, jodze, prawach zwierząt i coraz częściej dostrzega  się jej odwagę i niezłomność w walce o prawa kobiet. Staje się przykładem dla wielu Iranek żyjących w kręgu szyickiej ortodoksji, budzi zainteresowanie, szacunek w Europie i Stanach Zjednoczonych.

W Iranie szach Reza Pahlavi zapoczątkował „białą rewolucję” co wiązało się z europeizacją kraju i przyzwoleniem na umiarkowaną emancypację kobiet. Przeciwko temu wystąpił  w 1963 roku duchowy przywódca szyitów  Rudollah Chomeini i kilkanaście lat później stanął na czele krwawego buntu, który doprowadził do upadku monarchii Pahlavich. Ustanowiono wówczas Republikę Islamską opartą na szariacie; doprowadzono do ponownej degradacji społecznej i prawnej kobiet. Golszifteh Farahani urodziła się już w rzeczywistości zdominowanej przez  ajatollahów i fanatycznych mudżahedinów ludowych, ale otaczająca ją od początku artystyczna aura zapewne miała decydujący wpływ na ukształtowanie jej osobowości. Ojciec Behzad jest reżyserem teatralnym, matka, siostra i brat zajmują się aktorstwem lub reżyserują. Ona od piątego roku życia zaczęła grać na fortepianie, miała zostać pianistką i po konserwatorium kontynuować naukę w akademii muzycznej w Wiedniu. Jednakże szybko udowodniła, że prócz talentów muzycznych posiada jeszcze silny charakter, dość krnąbrną naturę. W wieku 14 lat sprzeciwiła się woli ojca i przyjęła rolę w filmie, stała się też liderką rockowego zespołu „Kooch Neshim”, Przewodziła  buntom w szkole i przeistoczyła się w chłopczycę, przy protestach najbliższych, żeby móc swobodnie jeździć na rowerze po Teheranie.

Rola u Ridleya Scotta otworzyła przed nią drzwi największych wytwórni, dala możliwość otrzymania statusu międzynarodowej gwiazdy. Jednak w zwiastunach  „W sieci kłamstw” jest scena, w której Farahani gładzi po ręce Leonardo Dicaprio, co od razu postawiło na nogi islamistów. Zaczęła się inwigilacja, przesłuchania przez tajną policję, postawienie przed sądem za nieobyczajność i zdradę państwa. Nie mogła opuszczać Iranu, więc musiała zrezygnować z udziału w produkcji Disneya „Książę Persji” w Londynie, W tym samym czasie film „Co wiesz o Elly” Asghera Fahradiego, z jej rolą główną, otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie i władze po wielu staraniach zgodziły się, żeby Farahani zjawiła się na gali nagrodzonych. Podobno sędzia prowadzący jej sprawę w Teheranie sam namawiał ją, żeby już nie wracała do kraju. Wygrała emigrancki los, ale nie traktuje Zachodu jako ziemi obiecanej. W licznych wywiadach podkreśla,że w Paryżu nie jest u siebie, zawsze pozostanie tą obcą.

We Francji ponad rok temu wystąpiła m.im w reklamówce Cezarów-najważniejszych nagród filmowych- i przez sekundę pokazała lewą pierś. Jak twierdzi ‚Der Spiegel” przedstawiciel irańskiego wymiaru sprawiedliwości zadzwonił do jej rodziców i zagroził, że po powrocie do Iranu za karę owa pierś będzie odcięta. To wydarzenie przypieczętowało jej los emigrantki i jednocześnie spowodowało, że zaczęła zachowywać się niczym niezłomna obrończyni praw człowieka. Artystycznym wyrazem tej postawy jest rola w „Kamieniu cierpliwości” Atiqa Rahimiego.

Kostasowi Polizou

Już drugi rok
pokój z Tobą.

Warstwa po warstwie
czas zaciera ślady
na leśnej polanie.

Teraz jesteś bratem
przenikliwego sokoła,
bratem wilka i wiatru,
który ku niebu płynie
na różanym płatku.

Ktoś urwał w pół zdania
następną rozmowę z Tobą
i przychodzi do Ciebie
w pogoni za prawdą,
która jest milczeniem.

Telemach Pilitsidis

Jarosław Iwaszkiewicz po latach

Różnorodna twórczość pisarska Jarosława Iwaszkiewicza do tej pory budzi powszechne uznanie krytyków i rzesz czytelniczych, pomimo tego, że jego życie, a ściślej sprawę ujmując – postawa wobec komunistycznych włodarzy PRL i tzw. kolanopokłonność – wzbudzają w dalszym ciągu polemiki i kontrowersje.Byli i są wszak tacy, którzy nazywają go „Petainem polskiej literatury”, kolaborantem paradującym w stroju górnika, zakładnikiem reżimu. Myślę, że pewnym wytłumaczeniem może być fatalistyczny stosunek poety do historii, przekonanie, że nie ma innego wyjścia i należy współpracować z okupantem, jak to czynili Polacy po klęsce powstania styczniowego, a nawet wcześniej. Był zatem u Iwaszkiewicza pozytywistyczny rys, ale to już sprawa na odrębny szkic, inną opowieść. Jego wielkość literacka do tej pory opiera się na dorobku poetyckim – od debiutanckich „Oktosytchów” aż po ostatni tom „Muzyka wieczorem” z 1980 roku – a także na krótkich formach prozatorskich.

Miałem niedawno w ręku „Wiersze” Iwaszkiewicza; wybór utworów, choć niekoniecznie w pełni reprezentatywny, tego orędownika estetyzmu przez cały okres aktywności twórczej, który kultywował Włochy, jako ojczyznę duchową, zmysłowy panteizm, umiłowanie konkretu i tęsknotę za „kulturą światową”, wznoszącą się ponad różnice i nacjonalizmy. Można znaleźć w owym wyborze wiersze z debiutanckiego tomu „Oktostychy” z 1919 roku; niepodważalna jest w nich młodzieńcza ekscytacja akmeistami, obecne duchowe powinowactwo z miłośnikiem Dantego, Osipem Mandelsztamem, Mikołajem Gumilowem  czy liryką Anny Achmatowej. Nade wszystko jednak, fascynacja estetyzmem spod znaku egotyka, zatwardziałego piewcy homoseksualizmu, Oskara Wilde’a i manifestacyjna afirmacja błahości tematyczne, przekorny artyzm. Trzeba przypomnieć, że „Oktostychy”, wprowadzające też japoński gatunek liryczny-„uty” – powstają w okresie walk o granice, zmagań z bolszewikami, a odrzucony przy poborze ochotników do wojska warszawski Skamandryta Jan Lechoń, ze względu na słaby wzrok, wpada w depresję, że nie może walczyć w obronie odradzającej się Polski. Zaledwie jeden utwór -” Utęskniony pociąg” wybrano z tomu „Dionizje”, a przecież w nim ujawnia się poeta-skandalista, występujący przeciwko drobnomieszczańskiej obyczajowości, zrywający pęta konwenansu i sławiący Dionizosa, boga ekstatycznych orgii miłosnych, samo-zatraty w żywiołach witalizmu. Zresztą, kiedy autor „Dionizji” ugruntuje, wzmocni  swoją pozycję, to w Warszawie wszyscy będą wiedzieć, że wejście do literatury i co za tym idzie, do sławy, wiedzie przez łóżko Nałkowskiej bądź łoże Iwaszkiewicza; inne drogi były bardziej kręte, nie gwarantowały sukcesu.

W „Wierszach” stosunkowo najwięcej  kunsztownych liryków pochodzi z dwóch ostatnich tomów :” Mapy pogody” (1977) i „Muzyki wieczorem”(1980), kiedy to już cień Tanatosa kroczył za poetą. Wiersze mają charakter rozrachunkowy, wypełnione są melancholijną materią przeszłości, bywają przejmującym studium starości. W „Apassionacie” pisał:” Noc. Któż to do bramy o tej porze stuka?/ Wiatr liśćmi kręci i zamiecią grozi. / Za budę wciska się zlękniona suka,/ Co w dzień biegała na długim powrozie”. Wiadomo, że niespodziewanym gościem, który wywołuje wszędzie i u wszystkich przestrach, może być jedynie śmierć. Niektóre utwory w ostatniej książce napisane są w tonie modlitewnym. Jednakże poeta, pełen wahań i rozterek, wcale nie ma pewności, że po przekroczeniu granicy życia jest coś więcej aniżeli nicość. „Apassionata”, jak i inne wiersze, składają się z niewielu słów, łączonych w sposób najprostszy. Czasem ma się wrażenie, że zbyt prosty, zanadto lapidarny. Jednak jest to tylko złudzenie. Należy zgodzić się z nieżyjącym już Marianem Grześczakiem, który we wstępie do wyboru wierszy Iwaszkiewicza pisał:” Dla starych poetów gwarancją ich mowy jest doświadczenie. Być poetą ponad językiem, być poetą przeciw językowi(…)być tak doskonałym, że stać na granicy banalności, ale jej nie przekroczyć, być tak oczywistym, że aż nadrzeczywistym, powiedzieć wszystko niby nic nie mówiąc”.
Za życia poeta kreował się na  kapłana sztuki. W zbiorze „Wiersze” można znaleźć utwory, które są próbą odpowiedzi na pytanie o sens pisania poezji, a także odniesieniem do tradycji. Iwaszkiewicz przekonuje, że każdy utwór jest powtórzeniem zaistniałego w przeszłości doświadczenia, dziedzictwem po poprzednikach – „w umarłych są bowiem nasze korzenie”. W związku z tym w jego utworach wciąż krążą i przenikają się wzajemnie nurty wszelkich kultur, mnożą się stylizacyjno-aluzyjne tropy. Modelowym przykładem jest „Urania” – jeden z najpiękniejszych i najważniejszych wierszy starego poety.:” Uranio, muzo dnia ostatecznego,/ bogini końca, bogini trwałości,/ zniszczeń bogini i wszystkiego złego,/ stójże na straży domu i nicości”. W tym akurat wierszu Iwaszkiewicz nawiązał do prastarych mitów z kręgu kultury śródziemnomorskiej. Urania to muza astronomii, jedno z imion Afrodyty utożsamianej też z Kybyle, która na terenie Azji Mniejszej czczona była jako Wielka Macierz natura, a jej kochankiem był piękny młodzieniec Attis. On to w przypływie szaleństwa pozbawił się męskości i zmarł. Wkrótce po tym został przez Kybyle wskrzeszony i stał się, przemieniony w sosnę, symbolem odradzającej się przyrody i życia. Posiłkując się tym archetypem poeta wierzy w to, że poprzez swoje dzieło zapewnia sobie istnienie, nieśmiertelność, a jednocześnie kres życia jest namacalnym potwierdzeniem nicości. Stąd paradoks – „bogini końca, bogini trwałości” i przeświadczenie, że on również będzie „stał na straży domu i nicości” i z jego doświadczeń twórczych będą korzystać następne pokolenia. „Urania” to w istocie wiersz o przekraczaniu śmierci, urzekający sugestywnością, siłą metaforyki i niewymuszoną prostotą.

Autor „Oktostychów ” i innych pięknych tomów poezji wierzył w moc sprawczą sztuki. Surowiej, niejako w tonie rozrachunkowym, próbował spojrzeć na swoje życie. Dwa lata przed śmiercią odwiedził grób ojca w Daszewie, a także rodzinne Kalniki i Illińce. W rozmowie z poetą ukraińskim Dymitro Pawłyczkiem  powiedział wielce znaczące zdanie:” Nie sądzę, żeby piekło było pod ziemią. Tam jest za mało miejsca. Jeżeli ono w ogóle istnieje, to znajduje się gdzieś bardzo daleko, w kosmicznych dalach, a i w to wątpię, by kosmos mógł zmieścić wszystkich, komu sądzone, aby trafić do piekła”. Głos porty zabrzmiał nader pesymistycznie, jakby nie miał żadnych złudzeń wobec ludzi, wobec bliskich i samego siebie.

Jezioro marzeń

Spokojny bezmiar wody sławskiego jeziora
Odbija złote błyski słońca i błękitu powab.
Na wodzie żaglówki, kaczki i białe łabędzie,
Sierpniowy upalny dzień, ostatnie tchnienie.

My nienasyceni czułością wciąż się przytulamy,
Pośpiesznie spełniamy najskrytsze pragnienia.
Zgiełk i śmiech na plaży, my nad jezior falą,
Zieleń tataraku, lazur wody z lustra nieba.

Niewzruszona na widok naszego zapatrzenia
Gdzieś nad nami ważka bezgłośnie przemknęła,
Zadziwiony prawdziwością naszych spojrzeń
Motyl przysiadł z ciekawością, tęczy obłok.

Łabędzie też nie dowierzają skąd tyle uczucia,
Delikatność w słowach, miękka pewność w dotyku,
Który rozbudza ciekawość jak przy pocałunkach
Twoich wszystkich uśmiechów, gestów całego ciała…

Z tego czasu została już tylko Twoja fotografia.
Uśmiechasz się do mnie, chcę uśmiech zatrzymać,
Widzę dołeczki w policzkach, jasność spojrzenia…
Nad jeziorem już jesień, błękitów już nie ma…

Następny wiersz Małgorzaty Mazik z przygotowywanego tomiku…Refleksyjny, tęskniący…